BETA nonprofit public democratic european moderated

Michał Fiszer

20 posts
Profile compiled from news and social media. Claim profile

Michał Fiszer

Wyjaśniam dlaczego z Białorusi Czasem się łapię na tym, że to co dla mnie oczywiste, może nie być dla innych. Dlatego trzeba wyjaśniać. Dlaczego więc dron leciał z Białorusi, a nie z Obwodu Kalininradzkiego? To jak najbardziej zasadne pytanie. Dlatego że jednostka która je posiada, przygotowuje do startu, programuje i odbiera dane jest na Białorusi. Codziennie od wielu miesięcy bierze udział w atakach dronowych na Ukrainę. Wysyła po kilkanaście dronów w falach po (obecnie średnio) jakieś 160-180 dronów na dobę, pozostałe z owej liczby wystrzeliwują inne jednostki rozmieszczone na około Ukrainy, od Obwodu Briańskiego po Krym. A zatem wspomniana jednostka musiałaby tak: 1. załadować na kolei wyrzutnię, stację diagnostyczną, narzędzia do programowania i przygotowania, stacje kierowania lotem i odbioru danych, kilka dronów, no i wyszkolony personel itd. 2. ten pociąg musiałby pojechać do Petersburga, żeby się załadować na statek z całym tym majdanem, a np. wyrzutnia jest dość duża (uniwersalna dla większych Gerani i mniejszych Gerber) i nie nadaje się do transportu powietrznego. 3. statek musiałby popłynąć z Petersburga do Królewca, tu jednostka musiałaby się rozładować. 4. po rozstawieniu się i sprawdzeniu sprzętu, odpalili by tego JEDNEGO drona, może DWA, no powiedzmy TRZY. 5. Po wykonaniu zadania musieliby udać się z tym majdanem do portu, załadować na statek i wrócić tą samą drogą. A na Białorusi są na stałe, walą systematycznie dziesiątki dronów na Ukrainę, od wielu już miesięcy. Więc prościej było wystrzelić z Białorusi gdzie już są, mogli jedynie wyjechać transportem kołowym spod Homla pod Grodno, odległość jaką musiał dron stąd pokonać to ok. 550 km, a zasięg Gerbery to 650 km bez dodatkowych zbiorników. Dron wysyła dane z rozpoznania po sieci (mają najczęściej ukraińskie karty SIM kupowane przez russkich agentów i logują się do lokalnych sieci komórkowych, a następnie ślą obraz jakimś Signalem czy czymś podobnym - komercyjnym, tą samą drogą odbierają komendy na zmianę kursu np.). Potem ulega samodestrukcji, co im nie zadziałało dlatego go mamy. Drona wybebeszono z wszelkiej aparatury, którą odwieziono gdzie trzeba, a w pustej skorupie którą dobrze znamy od roku zdetonowano ładunek samoniszczący. Łatwiej było na miejscu, niż wozić po drogach publicznych na jakiś poligon. Te ładunki są zwykle zabezpieczone przed rozbrojeniem, więc nie ma co ryzykować. Drony które wleciały do Polski 10 września 2025 miały wszystkie polskie karty SIM. Ktoś, kto je kupił i zarejestrował "na słupa" za drobną opłatą ma ciepło, 131KK to nie przelewki... Na zdjęciu - inne ujęcie drona, na którym widać wyrwany z łoża silnik spalinowy w tylnej części drona, wiszą przewody paliwowe. Silnik oberwał się przypuszczalnie przy uderzeniu w wodę i pewnie zatonął, a tył kadłuba (sierota po silniku) dał niektórym asumpt to twierdzenia, że to dron odrzutowy. Prędzej rakietowy, bo nie ma wlotu, taki Messerschmitt Me 163 Komet XD XD XD Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. https://t.co/pPHnCSlfpS #Białoruś #Ukraina #drony

Jutro w Newsweeku Tytuł taki, jak bym był nawiedzony XD XD Nie śmiejcie się :) https://t.co/ygOQ8z9Rkd #Newsweek #Humor #Polska

Jeszcze o domniemanej dywersji w Skarżysku-Kamiennej Pod moim wcześniejszym postem pojawił się taki komentarz: "czyli jak złapią Ukraińca (sprawcę), to ty już masz dowody, że go zwerbowało GRU?" W pierwszej chwili chciałem odpisać: "nie, no przecież mogły go zwerbować przedszkolaki ze Skierniewic, przedszkole Słoneczko, grupa Biedronek". Ale potem sobie pomyślałem, no przecież nie wszyscy starają się przeprowadzać proces eliminacji. To zróbmy to razem. A zatem załóżmy, że sprawcą był Ukrainiec i są trzy możliwości. 1. Maniak, podpalacz. Jest coś takiego. Ale wówczas podpaliłby coś, co się pięknie pali, wspaniały cudowny pożar, prędzej bym sobie pomyślał o drewnianym kościele w Sandomierzu. Ale magazyn z częściami elektronicznymi? Żeby chociaż baterie. Nie znam się na łatwopalności rzeczy, nie jestem strażakiem, niemniej jednak tyle wiem, że taki pożar nie jest czymś spektakularnym na co można się postać i pogapić. Zwłaszcza w zakładzie produkcji zbrojeniowej, gdzie włamanie do dobrze strzeżonego zakładu nie jest konieczne. A zatem, RACZEJ odpada. Powiedziałbym - zdecydowanie odpada. 2. Rozeźlony na Polaków złośliwy, wredny człowiek. No ale, to nie lepiej zrobić coś, że Polacy to odczują? Czy to rozkręcić tory, w sumie to chyba łatwiejsze niż przygotowanie dość profesjonalnego ładunku podpalającego. Bo nie użył zapalniczki, miał opuścić miejsce zbrodni, a pożar miał wybuchnąć po jego wyjściu. Miał dwa takie plecaki. Jeden aktywował i wzniecił pożar, drugi nieaktywowany zgubił uciekając przed ochroną, która dość szybko zareagowała. RACZEJ nie. Duże moim zdaniem prawdopodobieństwo, że NIE. 3. ktoś go zwerbował. Załóżmy, że był to profesjonalista, człowiek specjalnie przeszkolony. Miał wszak profesjonalnie przygotowane plecaki podpalające, które po wyjęciu zabezpieczenia wzniecały ogień i rozpalały faktycznie pożar w kilka minut po jego wyjściu. Ale sam działał nieprofesjonalnie. Aktywował czujniki ruchu. Nagrał się na kamery (choć w kominiarce). Zgubił jeden plecak, którego nie zdążył podłożyć i kurtkę, zapewne oba ze śladami DNA. RACZEJ został więc zwerbowany. I to amator, którego zwerbowano przypuszczalnie zdalnie, przez neta, zapłata w jakiś bitcoinach czy nawet przelew na jakieś specjalnie założone konto na "słupa" (bezdomnego z Radomia np.), czy coś w tym stylu. Teraz kto go zwerbował? Odrzućmy jednak grupę Biedronek z przedszkola Słoneczko ze Skierniewic. 1. Ukraińcy. Swojego obywatela? A nie lepiej już zwerbować Białorusina? Tak by po złapaniu wyszło, że to Białoruś, a wiadomo że Białoruś to de facto Rosja. Rosjan w Polsce zbyt wielu nie ma, ok. 20 000, można i ich zwerbować, ale łatwiej Białorusinów, bo jest ich dziesięć razy więcej. Czy Ukraińcy chcieliby sabotować produkcję dronów, które w większości są do nich wysyłane, czy to w formie pomocy, czy jako zakupy dla ich armii? No dobra, chcieli sparaliżować własną logistykę. A nie lepiej było im wysadzić jakiś magazyn amunicji u siebie? Ryzyko mniejsze, mogliby kazać odejść ochronie... Czy chcą nas wciągnąć do wojny? Bądźmy szczerzy, nie obraziliby się, walczą o przetrwanie. Ale jeśli tak, to znów: robiliby to pod własną flagą? Sprawca zapewne zostanie złapany lub choćby zidentyfikowany i założę się, że będzie to Ukrainiec. To jak, jak się okaże że Ukrainiec nam coś podpalił, to będziemy bombardować Rosję? Gdyby chcieli nas wciągnąć do wojny, to w ogóle by nie robili takiej akcji w Polsce, tylko w Rosji. Tak, żeby coś się w Rosji stało poważnego, i by się okazało, że to państwo polskie stoi za zamachem, za dywersją, za atakiem dronów. Nie dałoby się tego załatwić? A co ukraiński HUR nie potrafiłby? Jak odwalili akcję niszczącą kilka rosyjskich bombowców strategicznych, nosicieli strategicznej broni jądrowej (czerwiec 2025 r., operacja "Pajęczyna"), to nie potrafiliby odwalić w Rosji serii ataków ze śladami wskazującymi na Polskę? Pewnie, że by potrafili. A nie przysyłaliby Ukraińca do podpalenia zakładu zbrojeniowego zasilającego walczącą Ukrainę w krytycznie ważne uzbrojenie, by wciągnąć Polskę do wojny, do której Polski nie wciągnęli. A teraz popatrzmy co zyskuje Rosja. Podpala zakład Ukrainiec. Może się uda nieco zmniejszyć dostawy dronów dla Ukrainy, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest, by Polacy się dowiedzieli, że zrobił to Ukrainiec. I by ustami swojej agentury wpływu (politycy i media - opcja prorosyjska) oraz nawałą informacyjną wywołać historię antyukraińską: wstrzymać pomoc! Natychmiast! Aż się ucywilizują! I ludzie wychodzą na ulicę: wstrzymać pomoc, a Ukraińcy won! Ludzie głosują na ugrupowania które w kampanii obieca: wstrzymamy pomoc dla Ukrainy! Wstrzymamy tranzyt! Oczywiście nie po jednym takim przypadku. Ale będzie więcej, jestem przekonany. Na zdjęciu - rzeczony zakład Fot. TVN-24 Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlfpS #Polska #Ukraina #dywersja

Wojna hybrydowa ciąg dalszy Dzisiaj rano jakiś nieznany osobnik wtargnął na teren zakładu firmy WB Electronics w Skarżysku-Kamiennej, ul. Obuwnicza, gdzie w 2022 r. ta firma mająca główną siedzibę w Ożarowie otworzyła filię produkującą elementy bezpilotowych aparatów latających. Są one poddostawcą innej ważnej filii firmy, należącej do WB Electronics spółki Flytronic S.A. z Gliwic. W Gliwicach, między innym z części ze Skarżyska-Kamiennej, WB Electronics produkuje doskonałe drony, rozpoznawcze taktyczne Flyeye i amunicję krążącą Warmate (jednorazowe, uderzeniowe). Oba typy są szeroko stosowane w Ukrainie i doskonale się sprawdzają, będąc zmorą Rosjan. Oba te typy dość szeroko używa też Wojsko Polskie. W ogóle firma WB Electronics to naprawdę niesamowita prywatna firma polska, znana także ze zautomatyzowanych systemów dowodzenia, takich jak Topaz dla artylerii. Od pewnego czasu rosyjski wywiad wojskowy (niepokojące jest to, że robi to właśnie GRU, które odpowiada za wsparcie wszelkich działań cywilnych, a nie cywilna służba wywiadowcza SWR) werbuje "jednorazowych" dywersantów i informatorów w ciekawy sposób. To działa jak tanie drony. Można wysłać kosztowny pocisk, który ma duże szanse dotrzeć do celu, ale jest on bardzo drogi. Ale można wysłać chmarę śmiesznie tanich dronów, spośród których mało który doleci do celu, ale jednak część doleci i szkód narobi. Kiedyś rekrutowano agentów, szkolono ich, płacono im ciężkie pieniądze, ale mieli oni wielką wartość, bowiem potrafili doskonale wykonać robotę dywersyjną nie zostawiając śladów albo przynosić wartościowe informacje. Nadal oczywiście się to robi. Ale oprócz tego jest zupełnie nowa kategoria tanich agentów jednorazowych i sposobu ich werbunku. Rosjanie rozwinęli zaskakującą rzecz. Wybierają różnych biednych pierdolców całkiem z przypadku. Czasem takie propozycje rozsyłają boty, by ich wysłać dziesiątkami tysięcy, przez media społecznościowe, z fejkowych kąt. Jak oszuści internetowi. Albo pod pozorem propozycji zatrudnienia. Wielu ludzi się na to łapie, zwłaszcza że nie jest to spadek 400 000 Euro z Nigerii, ale propozycja wykonania drobnej pracy za 200 czy 300 zł. Wielu mówi: a czemu nie? Zwłaszcza jak chodzi o przyklejenie niewinnych ulotek na murach w kilku miejscach. Potem zlecenia są coraz bardziej lukratywne, ale coraz bardziej nielegalne. Podpalenie śmietnika. Przetransportowanie samochodem kogoś (kto jedzie na inną robotę), itd. Aż w końcu według określonej instrukcji jest podpalenie jakiegoś obiektu za 3000 czy 5000 zł. To cholernie śmieszna zapłata jak za taki czyn, ale wielu w to wchodzi. To nic że 1000 odmówi, ale 1001-szy... Na tym to polega, że rozsyłanie zleceń przez media społecznościowe niewiele kosztuje, i czasu, i wysiłku. W Polsce rekrutują głównie Ukraińców z wiadomych względów: żeby zwalić winę na nich. Że to niby Kijów ich nasłał. Ale równie dobrze mogliby rekrutować Polaków, też taki 1001-szy by się znalazł, w każdej społeczności znajdzie się taki co za kasę coś tam... Niemniej jednak oni potrzebują Ukraińców. Że niby Ukraina chce nas wciągnąć do wojny. Założę się, że jak złapią tego biednego pierdolca co dokonał dzisiejszego podpalenia, to będzie Ukrainiec. Rosjanie potrzebują tego, by wywołać w Polsce złość i nacisk na władze, by natychmiast przerwać wszelką pomoc militarną dla Ukrainy. By bez tej pomocy padła. Obawiam się, że takie akty, sabotaże, podpalenia, prowokacje, dywersje, będą się mnożyć. Bo Rosja nie wykonała zadania postawionego na ten rok, czyli zajęcia pozostałej części Donbasu. Dlatego trzeba przerwać zachodnią pomoc za wszelką cenę. Więc właśnie Ukraińców trzeba werbować do tych ciemnych sprawek. A zawsze się trafi jakiś kretyn, który nawet nie podejrzewa, w czym uczestnicy... W tym wypadku facet okazał się kompletnym amatorem. Tanim agentem za 3000 czy 5000 złotych. Nagrał się w kominiarce na kamery. I w dodatku znaleziono jego kurtkę i plecak, no wtopa na całego. To kwestia czasu, jak go złapią, bo mają go złapać. Nie chodzi o to by zakład spalić, ale żeby złapano Ukraińca. A wtedy ruszy w necie ofensywa informacyjna. Przerwać pomoc dla Upadliny! Tak będą drzeć ryja znane już konta, a będzie im wtórować miejscowa agentura wpływu (ta lepiej opłacana), tak z kręgów politycznych, jak i medialnych. Będą im wtórować różni pożyteczni idioci i zwykli obywatele, którzy padli ofiarą dezinformacji i manipulacji. A różne nieosfojone instruktory będą stawiać swoje pytania: ja nikogo nie oskarżam, ja tylko pytam... Na zdjęciu - dzisiejszy incydent ze Skarżyska-Kamiennej. Fot. Inertia Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlfpS #HybrydowaWojna #Bezpieczeństwo #Ukraina

Jeszcze jedna możliwość Po dalszych analizach, zwłaszcza przekazu jaki się pojawił w ukraińskich mediach, po rozmowach z mądrymi ludźmi, doszedłem do wniosku, że wizyta dyrektora CIA może oznaczać jeszcze jedną możliwość. Chodzi o prowokację w Polsce czy Rumunii, ale taką po całości (mogą zginąć ludzie). Coś co byłoby atakiem, ale Rosja mogłaby się wykpić, twierdząc że to nie oni tylko Ukraina, albo co. A chodzi o odcięcie pomocy dla Ukrainy. Sam się sobie dziwię, bo jeszcze u progu 2026 r. pisałem z synem, że Rosja albo będzie chciała zdobyć pas twierdz donbaskich (Kupiańsk - Słowiańsk - Kramatorsk - Konstantynówka) do końca roku (czyli do września, bo od października zaczną się słoty i skończy się tak silna dronoza, jak i możliwość działania piechoty i pojazdów), obudowując to przekazem do Ukrainy, że Rosję i tak nic nie powstrzyma, a zimą ataki na energetykę złamały by Ukraińców ostatecznie. Nie chodzi bowiem o to, by zdobyć Kijów w ciężkim natarciu, ale żeby wjechać do miasta, którego nikt już nie będzie miał ochoty bronić. Co zrobić? Rypnąć coś grubego w Polsce i/lub w Rumunii tak by wywołać szok i zmusić państwa NATO do powstrzymania pomocy idącą za tym ofensywą informacyjną. Ponieważ zamierzam o tym napisać jutro w Polityce, więc do pojutrze powstrzymam się ze szczegółami. Ale taka możliwość też istnieje i warto o tym wiedzieć. Bo Ukraina bez zachodniej pomocy, nawet jak fizycznie sobie poradzi, to złamie się psychicznie. Bo o co ma walczyć? O przynależność do Zachodu? Jak Zachód jej nie chce i ją wystawił? Wtedy pozostanie już tylko Rosja i niech się dzieje co chce... Na zdjęciu - Kiev by night. I tego się właśnie obawiam, może nie na taką skale, ale czegoś grubego w Polsce. Szanse na to nie są duże, ale coś jednak Amerykanie wyniuchali. Może i D. Trump ma gdzieś Europę, ale tacy ludzie jak Elbridge Colby, chłodny analityk, szybko mu uświadomi, ile straci USA bez Europy, a jeszcze jak bardzo będzie jej fajnie w świecie z otoczeniem w postaci samych wrogich państw wokół (Rosja z potencjałem Europy do dyspozycji, Chiny, Iran, Indie które staną po stronie silniejszych, Brazylia które też będzie wolała inne sojusze, itd.). Dlatego w interesie Waszyngtonu JEST bronić Europy i jeśli Trump sobie z tego nie zdaje sprawy, to inni doskonale o tym wiedzą. Myślę, że nawet Marco Rubio ma tego pełną świadomość. Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlfpS #Ukraina #NATO #Bezpieczeństwo

Szef CIA w Moskwie - to zły znak Wszystko wskazuje na to, że dyrektor CIA John L. Ratcliffe złożył wczoraj niespodziewaną wizytę w Moskwie, pierwszą podróżą szefa CIA do Rosji od wizyty Williama Burnsa w Moskwie pod koniec 2021 r., ostrzegając rosyjskie kierownictwo przed inwazją na Ukrainę. Czy jest to związane z jakimiś negocjacjami pokojowymi? Zapewne niedługo się przekonamy. Samolot na Flightradar wyświetlił się jako transportowy C-17A, ale przypuszczalnie leciał on nieoznakowanym, cały biały C-40 Clipper (wojskowa wersja pasażerskiego Boeinga 737). Co ciekawe, C-17A też lądował i są z jego lądowania filmy w runecie (rosyjskim internecie). Co ciekawe, przyleciał z Rygi (Łotwa), co moim zdaniem jest ważne. Ostatnie trzy lata spędziłem w Oddziale Łącznikowym Biura Ataszatów Wojskowych (wrzesień 1997- maj 2000). W tym czasie od lipca 1998 do lipca 1999 byłem obserwatorem wojskowym w misji UNIKOM w Iraku i Kuwejcie, a do listopada 1999 byłem na zaległych urlopach, więc zostaje 1,5 roku w OŁ BAW. W tym czasie oddelegowano mnie do analiz wywiadowczych (Basia, później Zosia, czy BSiA - Biuro Studiów i Analiz, a następnie ZSiA - Zarząd Studiów i Analiz WSI) gdzie miałem praktyki. Wtedy mieliśmy komórkę łącznikową CIA. Poznałem ich służbowo, ale tutaj zakończę dalszą część tej story. Poznałem też niemal wszystkich ówczesnych attache, czyli właściwie oficjalnych oficerów wywiadu swoich państw, z czego oczywiście w pełni zdawałem sobie sprawę, a przełożeni zadbali o to, żebym nigdy tego nie zapomniał. W każdym razie, jeśli DYREKTOR CIA leci do Moskwy to nie na kawę. To nie pocieszny i wiecznie wszystko przekręcający handlarz nieruchomości Steve Witkoff który w swoich dyplomatycznych wyczynach stał się memem. To osoba, która rzadko kontaktuje się z potencjalnym wrogiem. Ostatni raz inny dyrektor CIA William Burns był w Moskwie 2 i 3 listopada 2021 r. I coś im powiedział. Jak to mawiał mój ulubiony bohater, czyli "Brudny Harry" (Clint Eastwood): "wiem, co knujecie, smoluchy. Lepiej sobie darujcie, bo jak nie to będziecie mieć do czynienia z nami trzema: Smith, Wesson i ja." Ostrzegł Rosję, że wie o rosyjskich planach inwazji na Ukrainę. Nie posłuchali. Zrobili swoje, ale jak wiemy wtopili, bo Putin wierzył własnej propagandzie a nie swojemu szefowi wywiadu (Siergiej Naryszkin). Wtedy William Burns był w Kijowie 4 i 5 listopada 2021 r. Odwrotnie, można powiedzieć, najpierw Moskwa, a potem Kijów, a teraz najpierw Ryga, a potem Moskwa. Ciekawe, prawda? Smoluchy piszący cyrylicą szykują coś grubego. Coś, z powodu czego trzeba wysyłać dyrektora CIA ze specjalną misją do Moskwy, o szczegółach której się w ogóle nie mówi oficjalnie. Ale co? Emerytowany i dość moim zdaniem dość kontrowersyjny gen. bryg. Grzegorz Grodzki podejrzewa, że chodzi o uderzenia jądrowe. Mało tego, mówi o Polsce. Nie, nie chodzi o uderzenia jądrowe na Polskę. Choć prawdopodobieństwo użycia przez Rosję broni jądrowej rośnie i może nawet przekracza już ze dwa promile, to będzie to inne użycie, niż myślimy. Będzie to spektakularna ostrzegawcza próba, jakieś pieprznięcie ładunku na środku Morza Czarnego z dala od jakiegokolwiek statku. W taki sposób, że w sumie nie będzie wiadomo kto, choć wszyscy będą wiedzieli kto. Czyli takie: wszyscy wiedzą kto, ale przed sądem tego nie udowodnisz. Jak słynne zielone ludziki. Dlaczego tak? Bo ludzie w Europie wpadną w panikę. Bezwzględnie wymuszą na własnych władzach natychmiastowe zaprzestanie pomocy wojskowej dla Ukrainy. Ludzie oszaleją, będą masowe demonstracje, rozróby, petycje, politycy z określonych ugrupowań z różnych państw i rosyjska agentura wpływu ruszą z niespotykaną dotąd ofensywą informacyjną. I pewnie dopięli by swego. Z tą opcją wiąże się jednak wielkie ryzyko. Wiele rzeczy może pójść nie tak, a reakcja NATO może być absolutnie inna od oczekiwanej. Rosja mogłaby dostać takimi działaniami odwetowymi (na poziomie konwencjonalnym oczywiście), że rumakowanie by się skończyło. Dlatego uważam, że RACZEJ chodzi o coś innego. PRAWDOPODOBNIE, jeszcze przed końcem wojny w Ukrainie, Rosja sięgnie po Państwa Bałtyckie. Na Łotwie mają gotowy konflikt i właściwie Casus Belli, czyli kwestię tzw. "nieobywateli" - rosyjskiej mniejszości w tym państwie, stanowiącej znaczny odsetek społeczeństwa. Oczywiście nie oznacza to szybkiego wtargnięcia. Po prostu najpierw wywołają tzw. anomię społeczną, czyli stan kiedy państwo nie funkcjonuje, a obywatele nie wierzą i nie wspierają instytucji państwowym (kryzys legitymizacji). Kiedy Łotwa i może Estonia będą odpowiednio spreparowane wojną hybrydową (będą bezładną galaretą, a nie zwartym społeczeństwem, państwem w stanie rozkładu i paraliżu), dopiero wtedy sobie wjadą. Zrobią to tak, jak nie zrobili w Ukrainie, która nie była w stanie anomii i rozkładu, o czym się boleśnie przekonali. Spartolili głównie okres PRZEDwojenny, choć w samych działaniach wojennych się nie popisali. Ale i tak zostali powstrzymani dopiero 15 km przed Kijowem. W OSTATNIEJ CHWILI I NADLUDZKIM WYSIŁKIEM. CUD NAD DNIEPREM. O czym zapominamy, że tak niewiele brakowało. To HIPOTEZA. PRZYPUSZCZAM, że MOŻE chodzić o to. Bo możliwe są też inne opcje, na przykład selektywne uderzenia rakietami na cele w Polsce (przez pomyłkę nawigacyjną systemu oczywiście) albo jakieś na serio akty dywersji. Ale raczej stawiam na Państwa Bałtyckie. One są następne w kolejce po Ukrainie (lub jeszcze w trakcie, tam najłatwiej). A my w sensie pełnoskalowego ataku, dopiero po Ukrainie i po Państwach Bałtyckich. Uwaga: idiotyczne komentarze usuwam, a autorów blokuję. Zajmie to około pięciu sekund. Jak nie znajdziecie więcej tego konta, to znaczy, że ktoś przeholował. Na zdjęciu: sowiecki żołnierz w Wilnie, 1991 r. Fot. Redit Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlfpS #CIA #Moskwa #Ukraina

O zestrzeleniu dronów przez Rumunów Zacznijmy od tego, że WSZYSTKIE trzy przypadki zostały przeprowadzone pełną, wzrokową identyfikacją celu. Potwierdził to szef Sztabu Generalnego SZ Rumunii, gen. Gheorghiță Vlad, na konferencji prasowej. Wszystkie trzy zestrzelenia dronów miały miejsce w pełnym świetle dziennym, więc identyfikacja była prostsza. Wszystkie trzy drony typu Gerań 2 miały prędkość 190-210 km/h, czyli cztery razy mniejszą od pocisku Ch-101 (ok. 930 km/h). Podczas gdy pocisk przelatywał 13-14 km w minuttę, te drony przelatywały 3,5 km w minutę. piątek, 24 lipca 2026 r. Dron wleciał od strony granicy z Ukrainą tuż na południe od Nadniestrza. LATAŁ NAD RUMUNIĄ około godzinę i 20 minut. POWTARZAM - GODZINĘ I DWADZIEŚCIA MINUT. A to dlatego, że myśliwce w Rumunii NIE DYŻUROWAŁY W POWIETRZU. Dali dupy, nasi ZAWSZE wysyłają co najmniej parę w rejon Lubelszczyzny - Podkarpacia za każdym razem kiedy jest zmasowany nalot na Ukrainę. W akcji brały udział cztery myśliwce. Najpierw o godzinie 9:48 wystartowała para dyżurna włoskich Eurofighter Typhoon z 57. Bazy Lotniczej Mihail Kogălniceanu. Podjęły one próbę zestrzelenia drona rakietą, lecz chybiły celu. O 10:56 do akcji dołączyła para rumuńskich F-16, a jeden z nich o 11:02 skutecznie zniszczył maszynę rakietą powietrze-powietrze. Dron krążył nieco, ale ostatecznie spadł 113 km od granicy z Ukrainą, w okolicy miasteczka Buzău. sobota, 25 lipca 2026 r. Tym razem myśliwce były w powietrzu. Kiedy jeden z dronów z Ukrainy leciał wprost w kierunku Rumunii, parę rumunskich F-16 skierowano ze strefy na przechwycenie. PO IDENTYFIKACJI WZROKOWEJ drona zestrzelił ten sam pilot F-16, co poprzedniego dnia. Drugi dron został zestrzelony w rejonie delty Dunaju, około 10 kilometrów na zachód od miejscowości Sfântu Gheorghe. Od momentu wykrycia przez radary o godzinie 8:22 do momentu trafienia o 8:30 minęło dokładnie 8 minut. Ponieważ dron leciał wprost z Ukrainy, a myśliwce były w strefie niedaleko, więc udało się dojść do wzrokowej identyfikacji relatywnie krótko, OD DECYZJI O ZESTRZELENIU I SKIEROWANIA MYŚLIWCÓW MINEŁO OSIEM MINUT. niedziela, 26 lipca 2026 r. To najszybsze przechwycenie. Dron leciał przez WODY TERYTORIALNE, więc w ciągu PIĘCIU MINUT od skierowania myśliwców, bez żadnych wielkich ceregieli, dron został zestrzelony. Też rumuńskie F-16A MLU. A zatem sami sobie oceńcie jak to wygląda. To tyle jeśli chodzi o "a Rumunia to zestrzeliła!". Kawkę proponuję, wyśmienita rzecz z rana :) Na zdjęciu rumuński F-16A MLU, swoją drogą ma fajne malowanie Fot. Wikipedia PS. Ile ja mam roboty z blokowaniem trolli! Większość to boty, konta bez imienia, bez zdjęć, bez historii, za to wystawiające po 600 komentarzy na minutę. Ale niektórzy to różni nawiedzeni foliarzo-płaskoziemcy. Jako wykładowca na wyższej uczelni czyli przedstawiciel systemu edukacji polskiej, ciśnie mi się na usta pytanie: "gdzie tak potwornie spierdoliliśmy???" Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlfpS #Rumunia #Drony #Bezpieczeństwo

Słuchajcie, na FB wywiązała się dyskusja - to było wiadomo, że to pocisk czy nie. No było i co z tego? Była pełna świadomość co to jest. Ale coś Wam opowiem. Byłem przesłuchiwany przez prokuratora. W sprawie (potencjalnie) karnej, na ostro. Kiedy kierowałem lotami na poligonie Nadarzyce na mojej zmianie nie wydarzyło się nic. Ale przyjechał kierownik lotów z Powidza na ich loty. I na jego lotach katapultował się mój przyjaciel, Jurek z Su-20. Mnie prokurator przez 3 godziny przepytywał, jak przekazałem poligon następcy. Czy mu przekazałem wszystkie dane o ograniczeniach, sytuacji nawigacyjnej, itp. Nie było taryfy ulgowej. Nie było tłumaczenia. Ostatecznie uznał, że było git, ale nauczony tamtym (i kolegów doświadczeniem, to sprawa wygląda tak (beletrystyka na faktach): Strzela polski F-16. Pełna świadomość sytuacyjna bez wzrokowej identyfikacji, trafia w ruski pocisk. Pocisk spada, wali w chałupę. Giną ludzie. Przesłuchanie u prokuratora wygląda tak: - czy dokonał pan VID (identyfikacji) zgodnie z przepisami? - ale była pełna świadomość.. - nie o to pytam do cholery! Czy była VID? Tak czy nie? Czy to takie trudne? Mam to panu jakoś rozrysować!? - ale przecież wszystko było wiadome... - czy pan jest głupi czy głuchy? Czy pan nie rozumie mojego prostego pytania?! Czy pan w ogóle zna język polski? Czy dokonał pan wzrokowej identyfikacji celu, czy pan dopuścił się czynu z art. Art. 231 § 1 KK? - ale panie prokuratorze... - kurwa dość! Proszę wstać. Z powodu rażącego zaniedbania polegającego na niewykonaniu VID przed otwarciem ognia, przedstawię panu zarzuty. Proszę, tu mam pan pouczenie o pana prawach, jak pan przeczyta i zrozumie treść pouczenia, proszę podpisać. I gdzieś za plecy: pani aspirancie! Proszę skuć pana i idzie na dołek. Mam nadzieję, że teraz jest jasne #Bezpieczeństwo #Lotnictwo #Prawo

Będę adwokatem diabła, ale postaram się jak najbardziej na chłodno Jeśli jest wojna, przyjmuje się inne ugrupowanie systemu Obrony Powietrznej. Na front wylegają wojska i wystawiają swoje, organiczne systemy przeciwlotnicze. Rozstawiając je w osłonie swojego ugrupowania, siłą rzeczy tworzą łańcuch ciągłej strefy ognia. Za nimi Siły Powietrzne ustawiają część swoich, wzmacniając tę barierę częścią swoich zestawów, na najważniejszych, decydujących kierunkach. To pierwsza zasłona. Tu strzela się od razu, bez pytania, bez zbędnych ceregieli, wali się do wszystkiego co podchodzi i nie identyfikuje się jako swój. Czasem trafia się w swojego z powodu np. awarii transpondera - koszty wojny. Dalej hasają myśliwce. Najczęściej są w powietrzu więcej niż na ziemi. Oczywiście przydają się tankowce, żeby mogły wisieć długo bez lądowania. Ich ataki są rozciągnięte w przestrzeni, bo tak działa myśliwiec, musi ustawić się w tzw. strefie możliwych ataków w przedniej lub tylnej półsferze celu. Strefa martwa do rejonu z boku celu z daleka. Z bliska wskazuje się cel celownikiem nahełmowym, a wysoce manewrowe rakiety do walki na małej odległości robią swoje. Z daleka - strefy boczne są "martwe", trzeba wyjść na spotkanie celu pod kątem do 50-60 stopni max, albo z tyłu w leju o podobnej średnicy, do jakichś 60 stopni po bokach (mowa o strzelaniu z daleka). A zatem myśliwiec musi dolecieć w rejon celu i zająć odpowiednią pozycje. Czas płynie, cel leci. W pobliżu najważniejszych obiektów Siły Powietrzne stawiają kolejne systemy przeciwlotnicze tzw. obrony obiektowej. To są strefy MEZ (Missile Engagement Zone) wyłączone z działania myśliwców lub JEZ (Joint Engagement Zone), jeśli myśliwce mogą tam warunkowo operować, np. powyżej pewnej wysokości lub za zgodą zmiany dyżurnej stanowiska dowodzenia sektora, biorącego odpowiedzialność za to, że rakiety z ziemi nie będą odpalane w czasie operowania własnego myśliwca. Kiedyś te stanowiska dowodzenia to PłSD (Połączone Stanowiska Dowodzenia), a dziś to ODN (Ośrodek Dowodzenia i Naprowadzania, w NATO CRC - Controlling & Reporting Center). Ich pracą zarządza dziś COP (Centrum Operacji Powietrznych w Pyrach w W-wie, a wielonarodowe NATO to CAOC - Combined Air Operations Center). A teraz identyfikacja. W czasie pokoju obowiązuje zasada sprawdzenia (choćby kamerą termowizyjną zasobnika Sniper) czy ta plamka na radarze, to nie jest: 1. własny myśliwiec, drugi z pary, który gdzieś jest w pobliżu ale w nocy niekoniecznie go widać w luźnym taktycznym szyku; 2. sojuszniczy myśliwiec lub ukraiński myśliwiec 3. samolot pasażerski na przedłużeniu namiaru na pocisk, a system podaje położenie pasażera z notą o wysokości pocisku, które są na tym samym kierunku w podobnej odległości (to się zdarza!) W czasie wojny: 1. Wali się po pobieżnym sprawdzeniu proceduralnym bez VID (identyfikacji wzrokowej), jak się trzaśnie w swojego (co się w Ukrainie zdarzyło co najmniej trzy razy, a Rosjanom to z pięć jak nie lepiej) to ch.., jest wojna; 2. Nie plączą się samoloty pasażerskie; 3. Jak się zestrzeli w strefie średnio zaludnionej (gęste wioski) to trudno, jak własna rakieta czy zestrzelone szczątki rozdupczą chałupy czy stodoły, pozabijają ludzi, to ch.., jest wojna. Unika się (a i to nie zawsze!) strzelania nad miastem. 4. Wzdłuż linii frontu stoi ile się da zestawów przeciwlotniczych tworzących ciągły łańcuch strefy ognia. To one stanowią wstępne sito, odsiewając co się da. Co przeleci dalej, za tym ganiają myśliwce. Część zestrzeliwują relatywnie szybko (do 100-150 km od linii frontu, średni czas dolotu do miejsca przechwycenia, manewr do ataku, odpalenie rakiet), część średni daleko bo akurat myśliwce były dalej, a część przelatuje nawet 600 km przez 45 minut. A część niestety trafia w cele. Tak to działa. Jeśli ktoś nadal uważa, że powinni strzelać bez identyfikacji, to opiszcie proszę sposób tłumaczenia się prokuratorowi: czy dokonałeś VID zgodnie z przepisami czasu pokoju, gdyby pocisk spadł na chałupę po zestrzeleniu i zabił ludzi. Jako swój własny adwokat, wygłoś proszę mowę obrończą, zanim tak po prostu napiszesz, że powinni. Na zdjęciu - wyrzutnia przeciwlotniczego systemu rakietowego 2K12 Kub Wojsk Lądowych na pozycji bojowej w czasie ćwiczeń. Fot. Michał Fiszer Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlfpS #wojna #obrona #wojsko

Już bardziej na spokojnie kilka słów Wiedziałem: dlaczego nie zestrzelono? Najprostsza odpowiedź: bo nie jesteśmy w stanie wojny. Co się robi na wojnie? 1. Zamyka się przestrzeń powietrzną nad państwem. Tylko specjalne loty i specjalne zezwolenia na loty w szczególnych warunkach. Latają służby państwowe, wojsko, LPR, SG, Policja, w ścisłej wojskowej koordynacji. Cywilni kontrolerzy mają wolne, albo idą w kamasze, choć specyfika kierowania lotami wojskowymi, grupowymi, przechwyceniami, itp. to rzecz w której trzeba by ich wyszkolić. Oczywiście sto razy łatwiej niż człeka z ulicy. Aerokluby, użytkownicy prywatni, przewoźnicy, agro, zagranica - stoi. Nie ma. Zaorane. 2. Wyprowadza się wszystkie jednostki przeciwlotnicze i stawia na pozycjach polowych. Komuś w rzepaku, a komuś za lasem, na łące - krowy won. I codziennie manewr na nowe pozycje. Gąsienicami lub ciężkimi na kołach. Po polach, po zbożu, ziemniakach i pietruszce. 3. Samoloty myśliwskie dyżurują w powietrzu w wyznaczonych strefach, tankowiec wspiera. Co wlatuje to kraju, a będzie tego dużo na wojnie, walimy jak leci. Komuś spadnie na dom, komuś rakieta rozpieprzy stodołę. Tu zginą ludzie i tam. Ale oczywiście więcej będzie ginąć od trafień pocisków czy dronów, bo wszystkiego zestrzelić się nie da. Codziennie coś gdzieś będzie trafiać, a od czasu do czasu komuś przez okno wleci własna rakieta przeciwlotnicza i rozwali coś więcej, niż meblościankę. Ale jest pokój. Nie walimy salwami do wszystkiego co się rusza w powietrzu aż wióry lecą, nie rozstawiamy baterii rakiet wzdłuż granicy, i pozwalamy na wiele różnych lotów nad Polską. W takich warunkach nie strzelamy do wszystkiego co nie odpowiada na sygnały identyfikacji. Oczywiście w zaistniałej sytuacji był to na 90 procent pocisk. NA DZIEWIĘĆDZIESIĄT... A co jak nie? Dlatego jest wymóg wzrokowej identyfikacji (VID - Visual ID). Jest noc, więc normalnie się nie da, ale F-16 ma zasobnik celowniczy Sniper. Jak przechwyci radar, to może go slejwnąć (slave mode - zakres "niewolniczy", kiedy radar odwraca układ optyczny zasobnika na cel który sam widzi) jego termowizorem na wskazany kierunek. Wąski szpaler powiększonego obrazu trafia na ekran w kabinie, albo z kamery pracującej w podczerwieni, albo z telewizyjnej jak się da. Pilot patrzy i widzi: dobra, pocisk, strzelamy? W czasie pokoju są sektory, tu strzelamy, bo pusto, a tu nie - bo wiocha obok wiochy, albo miasto. Z tego co powiedział Dowódca Operacyjny gen. dyw. pil. Ireneusz Nowak, to do identyfikacji zabrakło 1-2 minut i zapewne padła by komenda na zestrzelenie, bo 2,5 minuty lotu pocisku dalej na zachód jest Kraśnik, a w nim zakład zbrojeniowy. Choć pocisk nie leciał dokładnie w tamtym kierunku, według wróżenia z fusów na podstawie ukraińskiej mapy (na ile prawdziwej? Wygląda git, ale pewności nie ma) pocisk leciał od strony Lwowa i zmierzał w kierunku tak między Opole Lubelskie - Kazimierz Dolny. Nad Lwowem zestrzelono sporo tych pocisków, bo poszło ich na rejon miasto sporo. Tego też gonił ukraiński myśliwiec, ale nie zdążył, musiał odejść na 20 sekund przed polską granicą, bo by wleciał do nas. Polski samolot właściwie wychodził na pozycje do identyfikacji i strzału, ale w tym momencie pocisk spadł sam z siebie. Rozważałem trasę w kierunku Kaśnika, ale wtedy poszedłby nad Zamościem, a tu zapewne stał w gotowości 18. Pułk Plot z "Małą Narew". Dziwie się, dlaczego nikt nie zapytał z dziennikarzy, czy pułk (choćby jedną baterię ogniową) został postawiony w gotowość operacyjną, czy nie. Ale nikt o to nie zapytał na konferencji z MON czy DORSZ, nie mogę tego zrozumieć dlaczego. Nie oczekujcie, że wszystko co wleci będzie zestrzeliwane zaraz za granicą, tak się nie da. Popatrzcie na Ukrainę, jak jest nalot, to wiele środków napadu powietrznego jest zestrzeliwanych daleko w głębi kraju, a co najmniej 10-20 % i tak trafia w cele. Te wieczne trafienia w całej Ukrainie dedykuje tym, co publikowali mapki "gdzie jest wojna, więc dlaczego ci ludzie wyjeżdżają z innych miejsc". Takie naloty na Ukraine to obecnie (od dwóch z górą lat) co drugi dzień. Loteria. Na kogo popadnie, na tego bęc. Tak wygląda wojna. I teraz pytanko. To jak ludzie chcą. Strzelamy, ale potem żeby nie było płaczu jak zestrzelona rakieta walnie w wieś i zabije 6 osób, czy niech leci, póki nie leci na miasto czy wielką wieś? Sam nie odpowiem. Na szczęście, nie mnie o tym decydować. To trudna decyzja. Ale ogólnie, to wygląda mniej więcej tak. Na zdjęciu polski F-16 tuż po starcie z kierowanymi rakietami "powietrze-powietrze". Fot. Michał Fiszer PS. Przepraszam, że nie pluje na wojsko. Tak się złożyło, że nie wyrzucono mnie z WP, nie odszedłem w atmosferze skandalu, z ciężkim żalem, z urazą, czy coś takiego. Miałem w porządku dowódców, nikt mi nigdy w wojsku krzywdy nie zrobił, wręcz przeciwnie - moje autystyczne dziwactwa były tolerowane. Nie mając żalu, frustracji, niespełnionych ambicji, odszedłem bo chciałem co innego robić, a wojsko wspominam z sentymentem i radością, Dlatego nie wylewam żali, nie biorę rewanżu, nie tryskam żółcią. Przykro mi. Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlfpS #wojna #pokój #bezpieczeństwo

Reakcja wojska - na gorąco Najważniejsze z naszego punktu widzenia są rakiety manewrujące (skrzydlate), które co warto podkreślić, nie są balistyczne (jak walą w telewizorni o zgrozo), to inna kategoria. To mini samoloty sterowane automatycznie, mające swoje małe silniki odrzutowe i rozkładane skrzydła, dzięki którym lecą. Takich odrzutowych pocisków Rosjanie odpalili 61. Większość z nich to pociski skrzydlate Ch-101 (czytane „Ha-101”, a nie „Ce-Ha” jak to się pojawia w telewizjach, bo to litera „X” w cyrylicy, czyli nasza głoska „ch”) odpalana z bombowców strategicznych Tu-95MS i Tu-160. Najczęściej są one uwalniane w zaczepów samolotu nad Morzem Kaspijskim, czyli z bezpiecznej dla bombowca odległości, a jednocześnie jest to zabezpieczenie, że gdyby nie uruchomił się silnik pocisku po zrzucie, to rakieta wpadnie do wody i nie narobi szkód na ziemi. Drugi typ, to pociski 3M14 Kalibr klasy „woda-ziemia”, który jest odpalany z okrętów Floty Czarnomorskiej, tak nawodnych jak i podwodnych. Jest on bardzo podobny do Ch-101, a oba w swojej koncepcji i wielu podstawowych parametrach przypominają amerykańskie pociski BGM-109 Tomahawk. Ich napęd stanowi niewielki silnik odrzutowy nadający im prędkość w granicach 900-950 km/h Pocisk wykonuje lot na wysokości 50 do 200 m, tak by był trudny do wykrycia oraz do zestrzelenia. Do wykrycia jest trudny, bowiem zasięg radarów naziemnych zależy od wysokości lotu wykrywanego obiektu. Cele lecące nisko są wykrywane z bliska, a im wyżej tym dalej. Zasięg wykrycia radaru pocisku lecącego na wysokości 100 m to ok. 35 km, na wysokości 500 m to ok. 85 km, a na wysokości 1000 m to jakieś 130 km, a na wysokości 3000 m to ok. 230 km, itd. Wynika to z krzywizny ziemi i zależy od wysokości, na jakiej znajduje się antena radaru nad ziemią (realny zasięg to ok. 85 % horyzontu radiowego ze względu na tłumienie przez odbicia od przeszkód terenowych). Pocisk który spadł na południe od Lublina był obserwowany przez Ukraińców, którzy wykonali na niego nieudany atak myśliwcem nad swoim terytorium i przekazali nam informacje o przelocie pocisku. Ukraiński myśliwiec odszedł od celu na 20 sekund przedtem, kiedy przekroczyłby polską granicę, dlatego strzał w kierunku Ukrainy z naszego myśliwca był dość ryzykowny, bowiem rakieta mogłaby przechwycić ukraiński samolot zamiast pocisku, ale w ogóle strzelanie do pocisku który nie leci bezpośrednio w kierunku dużych siedlisk ludzkich (miasto, duża wieś) jest sprawą dość trudną, o czym dalej. Polskie środki radarowe obserwowały jeszcze nad Ukrainą zarówno pocisk, jak i samolot myśliwski Sił Powietrznych Ukrainy, wykonujący atak na niego, nieudany jak się okazało. Polska reakcja Oczywiście nasze środki obrony powietrznej były już w pełnej gotowości bojowej od rozpoczęcia zmasowanego ataku na Ukrainę. Z 32. Bazy Lotnictwa Taktycznego z Łasku wysłano w rejon przygraniczny parę uzbrojonych myśliwców F-16C, a z 22. Bazy Lotnictwa Taktycznego z Malborku wystartowała para uzbrojonych MiG-29, które zamykały obszar od strony północnej. Według doniesień, rejonie operowała też para niemieckich myśliwców Eurofighter z Taktisches Luftwaffengeschwader 31 „Boelcke”, oczywiście również z uzbrojeniem, operując z macierzystej bazy z Nörvenich w Niemczech, korzystając z tankowania w powietrzu z pojedynczego Airbusa A330-243MRTT z Wielonarodowej Floty Wielozadaniowych Samolotów Tankowania i Transportu NATO z Eindhoven w Holandii (startował z Kolonii, z bazy wysuniętej). Pełną gotowość bojową z rakietami na wyrzutniach osiągnął też holenderski 802. Dywizjon przeciwlotniczych rakiet „Patriot” stacjonujący przy lotnisku Rzeszów Jasionka. Dowódca operacyjny gen. dyw. Ireneusz Nowak wspomniał też, że gotowość bojową osiągnęły też inne jednostki rakiet przeciwlotniczych. Możliwe, że chodziło o 18. Pułk Przeciwlotniczy z Zamość (Sitaniec) wyposażony w system przeciwlotniczy „Mała Narew”, ale sądzimy, że z pewnością chodziło też o 37. Sochaczewski Dywizjon Rakietowy Obrony Powietrznej im. gen. bryg. Tadeusza Błaszkowskiego z Sochaczewa-Bielic na systemach Patriot PAC-3 MSE, pełniący dyżur bojowy na lotnisku Bemowo w Warszawie. Dodatkową ciekawostką jest, że operowanie myśliwców zabezpieczał polski samolot dozoru radiolokacyjnego SAAB 340 AEW&C z 44. Kaszubsko-Darłowskiej Bazy Lotnictwa Morskiego z Siemirowic, już wcześniej działające operacyjnie, np. we wrześniu 2025 r. Wszystkie te środki były w gotowości i gdyby tor lotu pocisku zmierzał w kierunku miasta, to zapadła by komenda na jego zestrzelenie. Decyzja o zestrzeleniu nie jest prosta, bowiem wiąże się z ryzykiem powstania poważnych szkód na ziemi. Gdyby taki pocisk spadł na wieś, to spowodowałby prawdopodobnie śmierć ludzi, bowiem tego rodzaju pocisk posiada potężną siłę rażenia. Dlatego naszym zdaniem Wojsko Polskie i sojusznicy spisali się bardzo dobrze, podjęto właściwe decyzje, a rezultatem nie była śmierć przypadkowych ludzi zabitych szczątkami zestrzelonego pocisku, lecz jedynie spora dziur w lubelskim czarnoziemie, którą da się zasypać i ponownie zaorać po zakończeniu śledztwa. Jedynie rzepaku szkoda, drogie panie, przerzućcie się na smalec do smażenia, bo olej może zdrożeć... Obiekt leciał przez terytorium Polski przez 6 minut, pokonując odległość 93 km, czyli leciał z prędkością 930 km/h, typową dla pocisków manewrujących Ch-101 czy 3M14 Kalibr. Co ciekawe, ukraiński pocisk FP-05 Flamingo z potężniejszym silnikiem AI-25 pochodzącym z L-39 Albatros (czterokrotnie większy ciąg niż silnik Ch-101), leci szybciej bo około 940-960 km/h (chyba że na bardzo daleki zasięg, wtedy można ograniczyć do 850 km/h). Tych pocisków jest bardzo mało, bo takich już nie produkowanych silników też jest bardzo mało do ukraińskiej dyspozycji, więc pociski Flamingo są używane do atakowania najważniejszych obiektów w Rosji. Najwyraźniej i najprawdopodobniej Rosjanom uciekł jeden z pocisków Ch-101 lub 3M14 Kalibr. Wybił lej o średnicy 10 m co wskazuje na wielką siłę głowicy, to mniej więcej tak jak bomba lotnicza 500 kg mająca ok. 210 kg materiału wybuchowego. Masa głowicy bojowej w obu typach pocisków manewrujących wynosi 450 kg, z czego czysty ładunek wybuchowy (najczęściej nowoczesny kompozyt plastyczny o wyższej sile niszczącej niż klasyczny heksogen) stanowi ciut ponad 200 kg. I to by do tego leja pasowało. To nie mógł być efekt zakłócania GPS/Glonass, bo wówczas pocisk zboczyłby o max. 50 do 100 m, ale nie o 150 km. To najprawdopodobniej była awaria układu nawigacyjnego, choć nie można wykluczyć (naszym zdaniem mało prawdopodobne) zamierzonego ataku ostrzegawczego ze strony Rosji dla wywołania większego napięcia. Już zaobserwowano ostry atak botów i rosyjskich trolli, także na oficjalne strony rządowe i MON, które zalała fala komentarzy. Jak zwykle, stara śpiewka: to była ukraińska rakieta, bo chcą nas wciągnąć do wojny. Próba wciągnięcia nas do wojny nie polega na wykonaniu prowokacji która nie ma szans na wciągnięcie nas do wojny, zwłaszcza, że to wygląda na awarię pocisku, co w żadnym razie nie jest powodem do wojny. Natomiast ukraińskie pociski latają w przeciwnym kierunku i gdyby miały zdryfować to by spadły na Gruzję czy Estonię (co się już zdarzało, ale w odniesieniu do dronów), a nie na Polskę. Nie jest to też ukraińska rakieta przeciwlotnicza (jak swego czasu w przewodowie), bo ten leciałby na odległość 93 km nie 6 minut, ale niecałe dwie minuty. Rakiety przeciwlotnicze nowsze od niemieckiego Henschel Hs 117 Schmetterling z II wojny światowej, latają z prędkościami naddźwiękowymi i to co najmniej z trzykrotną prędkością dźwięku lub większą, a nie 930 km/h. Piękny obraz Piotra Dubowika przedstawiający atak ukraińskiego myśliwca F-16 na pocisk skrzydlaty Ch-101. Malował Piotr Dubowik Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlfpS #wojna #rakiety #Polska

Kafir Afgan napisał: A ja mogę się pod tym podpisać. Widziałem wojnę domową w Jugosławii. Byłem tam rok. Widziałem takie okrucieństwa, o jakich w najczarniejszych snach mi się nie śniło. Nie wyleczyłem się z tej traumy nigdy. Gdzieś to wciąż we mnie siedzi i jest chyba gorsze od własnych przeżyć pod ogniem przy ciężkiej wymianie ognia między walczącymi, będąc w środku tego gówna. A oto jego słowa, autor - Kafir Afgan: Ironią losu największy wysyp ludzi powtarzających kremlowskie brednie, usprawiedliwiających Rosję i mizdrzących się do rosyjskiego żołnierza pojawił się ostatnio właśnie po prawej stronie. Czy mam z tym problem? A skądże. Wiedziałem, że tak będzie, bo najciemniej jest zawsze pod latarnią. Rosjanie też o tym wiedzą. Dlatego nie szukają wyłącznie komunisty z legitymacją, futrzaną czapką i portretem Putina nad łóżkiem. Biorą każdego, kogo da się wykorzystać. Jednego kupią za pieniądze. Drugiego za stanowisko. Trzeciego złapią na urażone ego. Kolejnemu wmówią, że walczy o Boga, naród, tradycję i wartości. Następny będzie zwyczajnym pożytecznym idiotą, który z własnej głupoty zrobi dla Moskwy więcej niż zawodowy agent. A gdy nic innego nie działa, zawsze zostaje szantaż, kompromat i strach. Wywiad nie przebiera w środkach przynajmniej obcy, liczy się cel, a cel uświęca środki. Rosyjskie służby nie pytają, czy jesteś lewicowy, prawicowy, narodowy, ludowy czy kosmiczny. Pytają tylko, czy jesteś użyteczny. I kiedy wywiad oceni, że „podłoże konfliktu” jest gotowe przychodzi WOJNA. Najgorszą wojną nie jest wojna hybrydowa. Nie jest nią nawet klasyczna wojna z obcym agresorem, kiedy wiadomo, kto stoi po drugiej stronie, ma obcy mundur, obcą flagę i karabin skierowany w twój kraj. Najgorsza jest wojna domowa. Bo wtedy nie zabija się tylko przeciwnika z karabinem. Zabija się jego żonę, dzieci, rodziców i bliskich, żeby jego ból był większy. Żeby zaspokoić pragnienie zemsty. Żeby pokazać, że nienawiść nie ma już żadnych granic. W wojnie domowej nie wystarcza pokonać wroga. Trzeba go upokorzyć, zniszczyć jego rodzinę, spalić dom i wymazać pamięć. Człowiek przestaje wtedy widzieć drugiego człowieka. Widzi zdrajcę, robaka, podczłowieka i cel. I właśnie wtedy budzą się prawdziwe demony. Nie będę rzucał wyssanymi z palca statystykami, ale nie mam złudzeń: ogromna część ludzi nosi w sobie ten krwiożerczy mechanizm. Dzisiaj jest uśpiony, bo trzymają go prawo, wychowanie, strach przed karą, rodzina, praca i codzienność. Ale wystarczy odpowiednio długo sączyć jad. Najpierw człowiek się śmieje z przeciwnika. Potem nim gardzi. Następnie zaczyna uważać go za zdrajcę. Później przyzwala, żeby ktoś go pobił. W końcu dochodzi do wniosku, że jego śmierć byłaby dobra dla ojczyzny. A kiedy krew już popłynie, wszystkie wcześniejsze hamulce znikają. Zemsta nie rodzi się w miesiąc. Ona dojrzewa latami. Karmi się krzywdą, upokorzeniem, propagandą i codziennym przekazem, że sąsiad nie jest już sąsiadem, tylko wrogiem. Że członek rodziny, który głosuje inaczej, nie błądzi, tylko zdradza. Że druga połowa narodu nie zasługuje na rozmowę, lecz na karę. I ten jad Rosja sączy w Polskę od lat. Dzieli nas na dwa, trzy i pięć plemion. Każdemu daje innego wroga. Jednym Ukrainę. Drugim Niemcy. Trzecim Unię Europejską. Czwartym uchodźców. Piątym sąsiada, który głosował inaczej. Narracje są różne, ale cel pozostaje ten sam: Polak ma bardziej nienawidzić drugiego Polaka niż Moskwy. Bo narodu skłóconego nie trzeba pokonywać czołgami. Wystarczy dać mu zapałki i patrzeć, jak podpala własny dom. Żołnierze wyklęci byli na straconej pozycji. Wiedzieli, że nie odzyskają państwa, że Zachód nie przyjdzie, a sowiecka machina ich zmieli. Mimo to walczyli, bo nie godzili się na rosyjski but, narzuconą władzę i państwo zbudowane na bagnetach okupanta. Był w nich gen niezawisłości. Był też gniew, rozpacz i zemsta po wojnie, zdradzie, torturach i mordach. Bo wojna domowa nie kończy się wtedy, gdy milkną działa. Ona siedzi w ludziach, rodzinach i grobach przez następne pokolenia. I teraz wyobraźcie sobie, że kiedyś rosyjska agentura wpływu, pożyteczni idioci oraz polityczne miernoty doprowadzają w Polsce do paraliżu państwa, przejęcia władzy przez ludzi Moskwy albo rosyjskiej okupacji. Myślicie, że wszyscy grzecznie opuszczą głowy? Nie. Znowu powstanie podziemie. Znowu pojawią się ludzie ścigani po lasach, piwnicach i ruinach. Ponownie jedni nazwą ich bandytami, a drudzy bohaterami. Ponownie sąsiad będzie donosił na sąsiada. Znowu ktoś będzie wykonywał wyroki, ktoś inny palił domy, a jeszcze ktoś mordował rodziny „dla przykładu”. Znowu będzie wojna domowa. i znów będą groby. Ponownie przez dziesięciolecia będziemy pytać, kto był bohaterem, kto zdrajcą, kto oprawcą, a kto tylko wykonywał rozkazy. Dlatego każdy polityk, publicysta, ksiądz, celebryta albo internetowy patriota, który dzień po dniu sączy nienawiść do drugiej części narodu, nie uprawia już polityki. On gromadzi benzynę pod przyszły pożar. Może robi to świadomie. Może za pieniądze. Może z głupoty. Może z ambicji. Dla skutków nie ma to większego znaczenia. Rosyjskiej agentury wpływu nie zwalcza się patriotycznym tweetem, konferencją prasową i komisją obsadzoną partyjnymi kolegami. Zwalcza się ją kontrwywiadem, prokuraturą, prawem i państwem, które ma jaja sprawdzać również tych stojących najbliżej latarni. Bo kiedy demony już wstaną, nie będzie czasu pytać, kto je obudził. Będziemy zajęci grzebaniem własnych trupów. Zdjęcie moje, z Jugosławii #wojna #domowa #trauma

Suche fakty. Ocena należy do Was Rakieta balistyczna leci po torze balistycznym. Nie wykorzystuje sił aerodynamicznych do wykonania lotu. Wyłącznie kinematyka: siła ciągu silnika przeciwstawiona sile ciążenia, siła odśrodkowa przy poruszaniu się po łuku wzdłuż krzywizny ziemi. Zasięg proporcjonalny do prędkości lotu. Czas lotu do celu wynikający z prędkości i odległości do celu. Fizyka w czystej postaci, a jak wiadomo - praw fizyki pan nie zmienisz. Rakieta balistyczna może manewrować w bardzo ograniczonym zakresie. Do kilku stopni, wykorzystując zmienny wektor ciągu silnika marszowego. Po oddzieleniu głowicy od korpusu rakiety (jeśli jest oddzielana, bo np. pocisk balistyczny 9M723 systemu Iskander-M jest wyposażony w głowicę nierozdzielną, zintegrowaną z kadłubem, na całej trajektorii lotu.) to w fazie terminalnej głowica (lub cała rakieta) używa silniczków sterujących do naprowadzenia na cel. Rosjanie reklamują Iskandera jako pocisk lecący trajektorią quazi-balistyczną, dość wypłaszczoną, za to ze zwiększoną prędkością, co jest naturalną konsekwencją płaskiej trajektorii. Mówią też o jej zdolności manewrowania, co jest de facto fikcją. Opowiadania rosyjskich blogerów o zakrętach po 90 stopni to bajka o rozpustnym Kapturku i zamęczonym Wilku. W istocie maksymalne zmiany tory lotu na całej trasie to do 6 stopni. Fizyka.... Rakieta balistyczna zawsze przyleci z tego kierunku, skąd została wystrzelona. Nie można wystrzelić jej z Białorusi i powiedzieć, że przyleciała z Ukrainy, bo obserwujące ją radary (leci mimo wszystko dość wysoko i szybko, widać ją na setki kilometrów na radarach typu back-bone). Nawet jeśli zostanie wystrzelona przy granicy Białorusi z Ukrainą i wykona ów niewielki dowrót wskazując na teren Ukrainy przy granicy z Białorusią, to i tak będzie to widoczne na zapisie radarowym (backbone rejestrują obrazy i można je odtworzyć do analizy). Żadnej prowokacji z użyciem rakiety balistycznej nie da się zmontować. Zawsze będzie wiadomo skąd przyleciała. I zawsze będzie wiadomo, co to jest: Ukraina nie ma Iskanderów, a Rosja nie ma ATACMSów. Do prowokacji mogą być w zasadzie użyte tylko drony. One mogą lecieć po dowolnej trasie, a mnogość najróżniejszych typów i modyfikacji pozwala na łatwe wykonanie podróby. Nie ma problemu, bowiem wszyscy do budowy dronów pozyskują komercyjne, ogólnodostępne części. Najczęściej chińskich. Drony wykonane ze sklejki, klejone wikolem, z chińskim silnikiem nienadającym się nawet do motocykla, z procesorem na poziomie iphona i autopilotem kupionym na Aliexpress czy Temu, kosztuje do 30 tysięcy dolarów. Grosiki. Takie drony produkuje się tysiącami. Od początku pełnoskalowej inwazji w lutym 2022 roku Rosja użyła przeciwko Ukrainie ponad 150 tysięcy dronów dalekiego zasięgu (głównie typu Shahed/Geran oraz ich nowszych bezzałogowych makiet pełniących rolę wabików). Gdyby do każdego z nich odpalać rakietę Patriot PAC-3MSE za 5,3 miliona dolarów, to kosztowałoby to 795 miliardów USD. To zaledwie roczny budżet Pentagonu. Nawet zsumowanie wszystkich budżetów III Rzeczypospolitej od 1990 roku do dzisiejszego 2026 roku daje łącznie około 440–460 miliardów USD. Nie stać by nas było na takie strzelanie Patriotów PAC-3 do dronów, nawet gdybyśmy od 1990 r. kupowali wyłącznie pociski PAC-3 MSE za całe nasze budżety. Dlatego do dronów w żadnym razie nie strzela się Patrioty PAC-3 MSE. Te pociski są oszczędzane na balistykę. Każde inne użycie to marnowanie zasobów w obliczu zagrożenia. Zwłaszcza, że drony można zwalczać na dziesiątki różnych sposobów, a rakiety balistyczne - tylko Patriotami (w Polsce). Niczym innym. Co nam grozi w najbliższym czasie? Grozi nam prowokacja wskazująca na rzekomy atak ukraiński mający nas wciągnąć w wojnę z Rosją. Celem Rosjan będzie przekonanie nas, byśmy całkowicie zaprzestali pomaganie Ukrainie i byśmy nie pozwalali na transfer materiałów wojennych dla Ukrainy przez nasze terytorium. Dlatego rosyjski atak musi udawać ukraiński. Dlatego to muszą być drony, bo to jest relatywnie łatwe do wykonania. Dlatego Patriot PAC-3 MSE będą w odpieraniu takiego ataku bezużyteczne, one nie są od tego. Oczywiście możemy jednej nocy wywalić z miliard dolarów na 20 dronów ze sklejki z chińskim silnikiem. Jeśli oczywiście te Patrioty znajdą się tam, gdzie te drony będą lecieć, bo rakiety PAC-3 MSE mają zasięg do 40-60 km do celu balistycznego i jakieś 120 km do aerodynamicznego. Jeśli rozstawimy Patrioty w obronie Warszawy, to drony mogą śmiało lecieć na Lublin, tam ich Patriot nie sięgnie. Rakiety PAC-2 mogą niszczyć cele aerodynamiczne nawet do 160 km, ale to też jest jednak ograniczony obszar. Wniosek: w obliczu możliwej prowokacji rosyjskiej pociski Patriot PAC-3 MSE są BEZUŻYTECZNE. Potrzebne są myśliwce, śmigłowce szturmowe do niszczenia dronów w powietrzu, karabiny maszynowe, wprowadzony do uzbrojenia system "San", musimy się też zaopatrzyć w drony przechwytujące, jakie zaczęli stosować Ukraińcy. Można wykorzystać przeciwlotnicze Szyłki i nasze "żurki", czyli działa ZUR-23-2KG Jodek-G z Gromami lub ZUR-23-2SP Jodek-SP (System PSR-A Pilica). A kiedy będziemy potrzebować obrony przed balistyką? Będziemy potrzebować, jak sami zostaniemy napadnięci. A żebyśmy zostali, muszą być spełnione cztery warunki: 1. Musi paść Ukraina, by Rosja uwolniła zaangażowane tam siły; 2. Pierwsze będą Państwa Bałtyckie, bo najłatwiej; 3. Przed napaścią Polska zostanie hybrydowo i kognitywnie zamieniona w ogłupiałą galaretę, państwo w stanie rozkładu na granicy upadku co wymaga tak ze 2 lata czasu. 4. Równolegle Rosja musi odtworzyć swoje zasoby i zintegrować zasoby ukraińskie w ramach własnej machiny wojennej. Ukraińcom pokaże się wpisy Polaków na FB, co będzie dobrą dla nich motywacją. Czyli za dwa-trzy lata - minimum. Chyba, że sami wybierzemy wcześniej prorosyjskie władze, wówczas obejdzie się bez rakiet balistycznych i czołgów. Do chwili obecnej otrzymaliśmy od USA 208 PAC-3 MSE, z terminem przydatności do użycia do 2034-2035, co można przedłużyć po sprawdzeniach na kolejne 15 lat. Według niektórych źródeł oddaliśmy Ukrainie pięć (5), ale oficjalnej liczby nie podano. Zamówionych mamy 644 kolejne PAC-3 MSE, dostawy mają się zacząć pod koniec tego roku i potrwać trzy lata. Dodatkowo kupujemy PAC-2 GEM-T. Polska otrzymała od Departamentu Stanu USA zgodę na zakup maksymalnie 788 pocisków PAC-2 GEM-T, natomiast ostateczna, podpisana w czerwcu 2026 roku umowa wykonawcza opiewa na „kilkaset sztuk” tych rakiet. Na zdjęciu - polska wyrzutnia M901 z załadowanymi ośmioma rakietami MIM-104F PAC-3 MSE. Na wyrzutni może być ich 16. Fot. Michał Fiszer W ten sposób pracuję, zarabiam, obok innej pracy. Jeśli Ci się podoba, to możesz kupić mi kawkę poproszę, a będzie więcej. Obecnie zbieram na ważny cel, nie dla siebie, ale dla bliskiej osoby. https://t.co/3NOiJ9zNa8 #Rakiety #Drony #Fizyka

Spacerek dzisiaj mimo wszystko zaliczony Nowy wózek dzięki Fundacji Lechmar z puli dla weteranów wojennych (Jugosławia, dwie zmiany, 1993 r.). Teraz mam zapięty na dole jak rower, mogę zejść z protezą na dół (z I piętra, typowy blok z wielkiej płyty) i się przejechać. Znoszenie wózka z mieszkania bez pomocy niemożliwe, a tak bez pomocy mogę iść (jechać) na spacer. Zaraz coś skrobnę o rakietach taktycznych (atomowych) w Polsce, ale wybiorę i opiszę zdjęcia do artykułu w Technika Wojskowa Historia (ZBIAM) Fot. Michał J. Fiszer Jr. #spacer #wojsko #fundacja

Wymagania zdrowotne na pilota Jest to dla mnie o tyle trudne, że ostatnio podupadłem na zdrowiu, jestem po zawale, po amputacji nogi i uczę się żyć na wózku z protezą jako podpórką do łażenia po schodach, bo źle mi się chodzi z protezą, nie mogę się nauczyć równowagi. Po mieszkaniu to kicam z balkonikiem na jednej nodze. Do komputera i czytania używam okularów, na szczęście wystarczają takie chińskie +3 z Dino. Ale kiedyś miałem faktycznie końskie zdrowie, choć ze sportem zawsze miałem kłopoty. W szczytowym momencie formy na 2-3 roku Dęblina robiłem dwa wymyki i wejście siłowe na drążku, a bieg na 3 km w mundurze, hełmie i z bronią zaliczałem na mocne 3+, zaś na 1000 m w tenisówkach na słabe 3. Ale zdrowie miałem końskie. Badania w 6. Szpitalu Wojskowym przeszedłem bez problemu. Krew git, EKG i EEG OK, spidometr (pojemność płuc) OK, komora niskich ciśnień na 5000 zaliczona, chirurg, ortopeda, internista, stomatolog, neurolog - bez zarzutów, okulista i laryngolog też, próby ruchowo-sprawnościowo-koordynacyjne na 5, psycholog - test osobowości jakimś cudem OK, wtedy autyzmu nie znano więc dopiero niedawno zdiagnozowano mnie w spektrum (mocny Asperger), test IQ - 148 (moje dzieci wszystkie mają wyższe, a jedno z nich osiąga ponad 160), a zatem w porządku. Potem na III roku wysłano nas na WIML w celu tzw. badania na naddźwiękowe. Tu przede wszystkim doszła wirówka (minimum 5,6 g w próbie liniowej, mój ówczesny wynik to ok. 6 g, ale w kolejnych corocznych badaniach podbijałem te wyniki dochodząc raz do 8,4 g bez spodni przeciwprzeciążeniowych, do blackoutu). Ale były jakieś cudaczne badania, w tym tzw. Holter (24 godzinny EKG), jakieś picie soku z wodą i badanie krwi pół godziny po wypiciu ciurkiem dwóch litrów, itd. Próby wydolnościowe na rowerku, na bieżni, puls, tętno, itd. Jedno było szczególne. Dawali nam coś na przeczyszczenie i robili badania krwi po ciężkim wypróżnieniu. Lecę do kibla po tym jak zaczęło działać, łapię za klamkę - zajęte, następny - zajęte, kolejny - zajęte! Matko jedyna! Otwieram, a tam siedzi pielęgniarka. Ja takie "najmocniej przepraszam" i się cofam, a ona: "nie, nie, proszę, ja to dla pana trzymam" i wyszła, a ja buch - do środka. A wraz z nią otwierają się wszystkie inne drzwi i zgodnie wyłażą moi "koledzy" z takim: "Łeeee...." Tak że tego, udało się. Badania też przeszedłem, latałem, może nie długo bo pojechałem do Jugosławii (UNPROFOR) gdzie oberwałem po kręgosłupie i do latania nie wróciłem. Ale zdążyłem wylatać ponad 1000 godzin na wszystkim, a najwięcej na Su-22, na którym byłem też młodym instruktorem. Na zdjęciu w tylnej kabinie Su-22UM3K, Mirosławiec. Fot. ktoś ze znajomych. W ten sposób pracuję, zarabiam, obok innej pracy. Jeśli Ci się podoba, to możesz kupić mi kawkę poproszę, a będzie więcej. https://t.co/3NOiJ9zNa8 #zdrowie #pilota #życie

No może się uda... Co myślicie? Wspominki i anegdotki z życia wzięte, historię mrożące krew w żylaku, czyli jak to było, jak pamiętam i jak pokręciłem. Czekam na odpowiedź wydawcy, jak powie "nie" to szukam dalej.... https://t.co/is092hZz0E #wydawca #pamiętniki #anegdoty

Skok na spadochronie i powrót tramwajem W Toruniu wykonałem swój drugi w życiu skok spadochronowy i był on przezabawny. Wsiedliśmy do toruńskiego aeroklubowego An-2 którego nazywano „jajko”, bo miał rejestrację SP-EGG albo SP-EGC, już nie pamiętam (egg to po angielsku jajko). Samolot wystartował z otwartymi drzwiami, przy których siedziałem i gapiłem się na coraz mniejsze domy Torunia. Byliśmy już zapięci do liny desantowej, kiedy na wysokości jakichś 500 m instruktor przywołał mnie ręką do drzwi, bo chciał mi coś pokazać. Nie zrozumiałem jego gestu i wyskoczyłem z samolotu. Spadochron otworzył się szczęśliwie, a ja zawisłem nad samym centrum miasta. No może nie nad samym centrum, ale nad jego północno-zachodnią stroną. Lądowanie na ulicy były dość zabawne. Krzyczę do ludzi chodzących chodnikiem, by uważali, bo spadam na nich, a oni rozglądali się na boki, ale żaden nie spojrzał do góry… Jakoś wylądowałem między przechodniami, czasza opadła na chodnik, ale się rusza. W pewnym momencie wychodzi spod niej kobieta z zakupami i klnie na czym świat stoi. Udało mi się w końcu zwinąć spadochron, ale cóż miałem począć – wsiadłem w tramwaj i przyjechałem w pobliże lotniska. Dalej trzeba było już iść na piechotę. Niestety nie mam zdjęcia tamtego Antka, dlatego inny aeroklubowy, z Nowego Targu, 2016 r. Fot. Michał Fiszer Jeśli podobają Ci się moje wpisy postaw mi kawkę, a będzie więcej https://t.co/3NOiJ9zNa8 #skokspadochronowy #Toruń #przygoda

Lot myśliwca bez pilota Poproszono mnie, więc opisuję 4 lipca 1989 roku radziecki myśliwiec MiG-23MF z 871. Sewastopolskiego Pułku Lotnictwa Myśliwskiego wystartował z macierzystego lotniska Bagicz pod Kołobrzegiem. Za jego sterami siedział płk Nikołaj J. Skuridin, szef Wydziału Politycznego w 239. Baranowickiej Dywizji Lotnictwa Myśliwskiego z Kluczewa. W ZSRR oficerowie polityczni byli pilotami. Człek miał nalatane 1700 godzin, w tym 527 na MiG-23 w chwili wypadku. Dzień katastrofy, czyli 4 lipca 1989 r., był jego pierwszym dniem w pracy po powrocie z wczasów. Na wysokości 100 m przy prędkości 400 km/h, obroty silnika niespodziewanie spadły poniżej minimalnych, a prędkość szybko padła do 345 km/h. Pilot skierował samolot w kierunku morza i katapultował się. Jak się później okazało, przyczyną spadku obrotów były zakłócenia łącza elektrycznego pompy-regulatora z powodu zaśniedziałych posrebrzanych styków. Te styki powinny być przemywane spirytusem. Można się tylko domyślać, co zrobiono z owym spirytusem... Kiedy pilot się katapultował, styki "złapały" i silnik wrócił na niemal pełne obroty bez dopalania, bo pilot cofnął dźwignię sterowania usiłując odzyskać obroty silnika. Przypuszczalnie przed samym katapultowaniem pilot nacisną na drążku sterowym przycisk "priwied do gorizonta", czyli "doprowadzenie do horyzontu". Taki zakres był na sowieckich samolotach, w tym na Su-22. Chodziło o to, że jak pilot nie znał położenia przestrzennego (np. w chmurach) to naciśnięcie tego przycisku powodowało automatyczny powrót do lotu poziomego. Autopilot wyprowadzał samolot z niemal każdego położenia (chyba z wyjątkiem pełnego pionu), po czym przechodził na "stabilizacja położenia kątowego" czyli zwykły lot poziomy z niewielkim wznoszeniem, do momentu kiedy się nie wyłączyło autopilota. Jak silnik "zabrał" to samolot rozpędził się do 740 km/h na tych obrotach i powolutku wspiął się na 12 000 m, osiągając pułap dla tej prędkości. Bezzałogowy MiG-23 przeleciał bez przeszkód nad przestrzenią powietrzną Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD), Republiki Federalnej Niemiec (RFN) oraz Holandii. Bezzałogowego MiGa-23M przechwycili i śledziły dwa F-15C z 32. Taktycznego Dywizjonu Myśliwskiego z Soesterberg w Holandii. Nigdy nie padł rozkaz zestrzelenia ze względu na zabudowany teren północnej RFN. Okazuje się, że śledziły go też polskie, neredowskie i sowieckie radary, ale zapanowała pewna dezorientacja, bo pełniący obowiązki dowódcy 4. Armii Lotniczej w Polsce gen. mjr Walerij Ogniew zameldował, że samolot spadł do morza. Zanim wyjaśniono nieporozumienie próbując zidentyfikować nieznany samolot, MiG-23MF rozbił się w Belgii z braku paliwa, zabijając 19-letniego studenta w jego domu. Zdjęcie internet Jeśli podobają Ci się moje wpisy postaw mi kawkę, a będzie więcej https://t.co/3NOiJ9zNa8 #MiG23 #lotnictwo #historia

Lądowanie z tylnym kółkiem Istnieje odwieczny spór lotników o lądowanie na samolocie z kołem tylnym. Lądowanie na trzy punkty to „wschodnia" technika. Niektórzy mówią, że ruska, ale przed wojną w Polsce też lądowano na trzy punkty. Kiedyś przeglądałem pod tym kątem stare przedwojenne fotografie, ale niemal zawsze przed przyziemieniem samolot był w położeniu trzypunktowym. Jest to trudniejsza, ale bezpieczniejsza technika lądowania, bowiem po przyziemieniu samolot toczy się spokojnie i nie odbija od ziemi. Ale na zachodzie ląduje się „na koła", trzymając samolot na obrotach. Po przyziemieniu na koła często tył kadłuba mocniej lub słabiej opada po przyziemieniu, a to powoduje zwiększenie kąta natarcia na skrzydle, co przekłada się na wzrost siły nośnej. Samolot często znów unosi się w powietrze. Po przyziemieniu na koła, zdejmuje się obroty, samolot zwalnia, a ogon pomału opada. Pomijając wszystko inne, to jest po prostu nieeleganckie. A przyziemić ładnie na trzy punkty, to jest prawdziwa sztuka. Na samolocie An-2 nie tylko ląduje się na trzy punkty, ale nawet startuje. Normalna technika startu na "Antku" nie przewiduje unoszenie ogona, samolot odrywa się z położenia trzypunktowego, wystarczy się po prostu toczyć z przepustnicą ustawioną na pełny gaz i śmigłem przestawionym na "mały skok", a on sam bardzo elegancko w pewnym momencie zaczyna po prostu lecieć. To bardzo nietypowe, ale Antek ma kapitalne własności startu i lądowania i w ogóle ładnie lata. Ma tylko jedną wadę: jest mięśniolotem, wymaga dużych sił do jego sterowania. Trzeba się naszarpać. Mój kolega z promocji Jurek, który dziś lata w aeroklubie jako zawodowy instruktor, kiedyś wykonywał specyficzny lot na prośbę zastępcy komendanta szkoły w Dęblinie. On po promocji został jako instruktor w 23. Lotniczej Eskadrze Szkolnej, która szkoliła załogi samolotów transportowych na posiadanych An-2, a także służyła jako łącznikowo-transportowa jednostka WOSL Dęblin. Zastępca komendanta, zapalony pszczelarz, poprosił o zaplanowanie trasy treningowej do Lublina (Świdnik), skąd miał zabrać jakąś strasznie cenną królową - pszczołę. Pszczoła była zapakowana w jakąś skrzynkę czy coś takiego co przypominało mały ul. Jurek poleciał, zabrał skrzynkę z pszczołą i wraca do Dęblina. Tu zrobił krąg i podchodzi do lądowania. Na wyrównaniu, tuż przed przyziemieniem, zawiał niespodziewany podmuch wiatru i Antek rypnął o ziemię aż zadzwoniło. Skrzynka wysunęła się spod pasów, spadła z siedzeń i walnęła o metalową podłogę. Przy tym pękła a pszczoła wyleciała. Po zakołowaniu na miejsce postoju, technik pokładowy nie zauważył że skrzynka pękła i nieopatrznie otworzył drzwi. Pszczoła wyleciała i zaraz porwał ją strumień zaśmigłowy. Awantura była po tym straszna.... W wojsku Antka nazywano "skrzypce" ze względu na niemiłosiernie piszczące hamulce. Wyśmiewano się też z jego małej prędkości przelotowej ok. 200 km/h. Opowiadano taki wierszyk: - Co tak w górze błyszczy stalą ? -To Aeny kluczem walą ! -W uszach szum ! -W oczach łzy ! - NA LICZNIKU 203 !!! Na zdjęciu An-2 pod koniec eksploatacji w 1. Ośrodku Szkolenia Lotniczego w Dęblinie, dokąd trafił sprzęt i personel z 23. Eskadry, rozwiązanej w w Dęblinie, 2001 r. Dęblin, 2008 r. Fot. Michał Fiszer Jeśli podobają Ci się moje wpisy postaw mi kawkę, a będzie więcej https://t.co/3NOiJ9zNa8 #lotnictwo #samoloty #lądowanie

Jeśli ktoś myśli, że już osiągnięto szczyt głupoty, to nie - okazuje się że można ją twórczo rozwijać dalej. Pojawił się sondaż: "czy dobrze oceniasz pracę Szefa Sztabu Generalnego?" Rozumiecie??? Bosze... Czy ktoś w ogóle wie, czym się zajmuje Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego? No jaki jest zakres jego obowiązków, a czym zajmuje się Dowódca Generalny Wojska Polskiego i Dowódca Operacyjny Wojska Polskiego (którzy mu podlegają)? Na przykład to: zapewnienie stałej gotowości wojska do działań oraz koordynacja planów mobilizacyjnych. Ja się pytam: co ludzie mogą powiedzieć o gotowości poszczególnych jednostek do działań? Konkretnie! Wiecie ilu jest żołnierzy wyszkolonych w pełni w poszczególnych specjalnościach wojskowych? Jakie osiągają wyniki na egzaminach? Jaki jest poziom sprawności sprzętu i wypełnienie etatów? Konkretnie: ile czołgów w w danej brygadzie jest w pełni sprawnych, a ile ma jakieś niesprawności, i jakie??? No kurwa czy ktoś poza wojskiem wie, czy nie wie??? Co za idiotyzm! A może znacie plany mobilizacyjne i czy są dobrze skoordynowane? Czy ludzie w ogóle wiedzą z kim mają być skoordynowane? I nie piszcie mi kretynizmów że mail z Ameryki. Takie rzeczy załatwia się notą dyplomatyczną wręczaną przez ambasadora w MSZ, a nie jakimś mailem po gówniarsku. W dodatku portal który o tym napisał, a który nie wie że nie ma "pocisku kanistrowego" tylko to się nazywa szrapnel (kwiatek z dzisiejszego tekstu), nie zapytał jaki stopień pilności został wiadomości nadany. Bo jak był "routine" to się wrzuca do teczki i czeka na swoją kolej! Jeszcze są priority, immediate i flash, te też mają swoje normy dostarczenia, ale w tamtej redakcji nikt o to nie zapytał, bo się gówno na tym zna! Dlatego proponuje następujące sondaże: "Czy dwumian Newtona jest prawdziwy?" "Czy tożsamość Vandermonde'a (Splot Vandermonde'a) rzeczywiście pozwala uprościć skomplikowane sumy iloczynów symboli Newtona?" "Czy prawo wzrostu entropii (druga zasada termodynamiki) ma zastosowanie wyłącznie w układach zamkniętych?" I tak dalej. Niech się wypowie lud pracujący, na wszystkich placach budów, w piekarniach i masarniach, ludność wiejska, rzemieślnicy, sprzedawcy w sklepach i kasjerki z Biedronki, poznajmy ich zdanie na ten temat! Przecież to może być przełom! Jupi, zróbmy taki sondaż! Czasem poziom naszych mediów powala na kolana... Jeśli podobają Ci się moje wpisy postaw mi kawkę, a będzie więcej https://t.co/3NOiJ9zNa8 #Wojsko #Opinie #Media