BETA nonprofit public democratic european moderated

Alkoholowy Inwestor

20 posts

Alkoholowy Inwestor

Mentions and quotes

AlkoInwestor described an informal competition among parents from his office for additional classes for children, which was set to last from the beginning of September. According to his account, the conversation started with ballet and English with a native speaker from London for seven-year-old Zuzia, after which colleagues exchanged ideas for robotics, chess, and Mandarin. Five-year-old Lenka was supposed to learn Chinese twice a week at home. The author also reported that eight-year-old Antek attended fencing and the Little Leaders Academy, where — as he heard from the boy's father — leadership, emotional intelligence, and feedback skills were taught. Monika's daughter, according to the description, had individual art lessons for 120 złoty per week because she had problems with composition, often placing the sun in the upper left corner of the drawing. AlkoInwestor wrote that after the conversation, parents began looking for contacts and available slots, although they had not previously known they needed such services. He compared these activities with his own son, who — as he indicated — went to the yard after school, and with Marek's child, who had math three times a week, English twice, programming, chess, and soccer. Marek was expected to spend almost two thousand złoty on classes from the beginning of September, and his son and the author’s son both received four grades in math. The author concluded that they achieved the same result at a lower cost. #FIRE #Edukacja #Rodzicielstwo #Kreatywność (translated)

AlkoInwestor wrote that a colleague from the office told him that their coworker, who is on sick leave during her pregnancy, bought a baby stroller for 6000 PLN. He added that he didn't know that strollers could cost more than his car. #ciąża #wozki #życie (translated)

How to build a career in your parents' company? 1. Don't take the vice president position right away. You need to learn the company from the ground up. Starting as a senior manager would be reasonable. Let everyone see that you're climbing step by step. 2. Don't say you got the job through connections. Say that the owners recognized your potential. Your father has been watching your development for 23 years. No recruiter has spent as much time with the other candidates. 3. Earn the respect of older employees. Don't worry that some of them have been with the company longer than you've been alive. They have experience. You have a fresh perspective. And the owner's phone number saved as "Dad." 4. Don't misuse your position. Treat your father at work like any other boss. If you disagree on something, discuss it professionally. Preferably on a Sunday over chicken soup. 5. Start making changes. After three weeks in the company, you should already notice things that people who have worked there for twenty years don't see. It's natural. They are tainted by experience. 6. Show that you also started from the bottom. From time to time, go down to regular employees and help them for half an hour. It's best to take a picture. In a few years, you will be able to say that you have gone through every level in the company. 7. Don't demand a promotion. Let it come naturally. Manager. Director. Board member. President. Don't rush. You have a full two years for that. 8. Separate your professional life from your personal life. At work, your father is your boss. At home, he is your father. Therefore, leave the conversation about bonuses for the holidays. Grandma can be a good mediator. 9. Ensure financial independence from your parents. Don't take money from them privately. You're not a child anymore. Let the company pay for the car, phone, and fuel card. That's a completely different relationship. 10. After years, tell your story on LinkedIn. Write that you started from zero. That you didn't get anything for free. That the most important things were hard work, humility, and consistency. Don't mention the company from your father. They asked about the road to success. #FIRE #FIRE #kariera #biznes #sukces (translated)

As most of you probably already know, I have been nominated for the Heroes of the Capital Market 2026 XD I don't know who came up with such an idea, but thank you and I admire the courage, because I know that a few people were outraged. The link to vote is in the post below. However, I encourage you not to vote for me, but for other creators. Because if I accidentally win, I'll have to send my brother-in-law or Mariusz. And they could embarrass me. Personally, I'll probably vote for @Inwestomat_eu or @atlasETF. #HerosyRynkuKapitałowego #nominacja #głosowanie (translated)

W końcu będę miał coś co jeszcze bardziej uatrakcyjni moje prezentacje dla młodszego pokolenia, współpracowników, rodziców, kolegów, nieznajomych. Dziękuję @jedfrankowski https://t.co/PDNNNg8Lob #prezentacje #kreatywność #młodzież

Z mojego badania na grupie ponad 500 osób wynika, że średni wiek zakupu pierwszego mieszkania to 28,5 roku. Jeżeli masz więcej, przykro mi. Rynek już odjechał. Pozostaje wynajem i wspominanie, że kiedyś można było kupić mieszkanie za 300 tysięcy. #nieruchomości #mieszkania #wynajem

Oliwia z naszego biura kupiła psa. Dowiedziałem się o tym w kuchni, bo trzy osoby stały nad jej telefonem i wydawały dźwięki, których nie powinno się wydawać w miejscu zatrudnienia. - Boże, jaki słodki. - Pokaż jeszcze to, na którym śpi. - Nie no, ja nie mogę. Podszedłem. Na ekranie leżało coś małego, jasnego i kręconego. - To twój? - zapytałem. - Mój. Od soboty. To Milo. Przesunęła palcem. Milo na kocu. Milo w koszyku. Milo obok miski. Milo zmęczony leżeniem obok miski. Dokumentacja fotograficzna bogatsza niż przy odbiorze naszego mieszkania. - Ile kosztował? - Siedem. Skinąłem głową. Dużo, ale wiedziałem, że ludzie płacą za psy. - Siedemset złotych za psa? Dużo. - Siedem tysięcy. Spojrzałem jeszcze raz na ekran. Powiększyłem zdjęcie dwoma palcami. Nic nowego się nie pojawiło. Nadal jeden pies. - Złotych? - No przecież nie euro - zaśmiała się. Dobrze, że doprecyzowała. Rzeczywiście przez moment niesłusznie podejrzewałem ją o nieodpowiedzialność finansową. - Ale wiesz, to Maltipoo – dodała, jakby to wszystko wyjaśniało. Skinąłem głową. W dzieciństwie miałem Burka. Burek nie był połączeniem żadnych ras. Przynajmniej oficjalnie. Pewnego dnia przypałętał się za ojcem i już został. Koszt zakupu: zero złotych. Dlatego rynek premium psów był mi obcy. Bardziej zainteresowało mnie coś innego. Ona kilka miesięcy wcześniej rozstała się z chłopakiem. Wcześniej mieszkali razem. Teraz została sama w wynajmowanym mieszkaniu. - Ty nadal płacisz dwa i pół za wynajem? - Tak. Plus opłaty. - Czyli ponad trzy tysiące miesięcznie? - Mniej więcej. - Sama? Spojrzała na mnie. - Wiesz przecież, że się rozstaliśmy. Wiedziałem. Właśnie dlatego próbowałem zrozumieć moment zakupu psa za siedem tysięcy. Mariusz, który właśnie skończył kawę, usiadł z powrotem. Nie lubi analiz finansowych. Chyba że dotyczą kogoś innego. - Masz już poduszkę finansową? Westchnęła. - Mam oszczędności. - Na ile miesięcy życia? - Nie wiem. Źle. - Pół roku? - Raczej nie. Gorzej. - Zostało mi ze trzy tysiące – dodała. Spojrzałem na zdjęcie. Milo leżał na plecach. W tej chwili ponad dwie trzecie jej niedawnych oszczędności miało łapy w górze. - Czyli nie masz nawet jednego pełnego miesiąca kosztów życia w rezerwie. - Przecież zaraz będzie wypłata. Odetchnąłem. Na szczęście cała konstrukcja opierała się na solidnym założeniu, że od tej pory nic złego się nie wydarzy. - Dobra. Ile kosztuje jego utrzymanie? - Mało. To mały pies. Otworzyłem Excela. - Nie rób Excela. Zrobiłem Excela. Cena zakupu: 7000. Wyprawka. Karma. Weterynarz. Szczepienia. Preparaty na kleszcze. Przysmaki. Zabawki. - Jeszcze fryzjer – dodała. Przestałem pisać. - Czyj? - Psa. - Pies chodzi do fryzjera? - No przecież trzeba go strzyc. Spojrzałem na nią. Burek przez całe życie nie był u groomera. Raz ojciec obciął mu kołtun nożyczkami do blachy. Inne czasy. - Ile żyje Maltipoo? - Z piętnaście lat. Podliczyłem to, co sama wymieniła. Wyszło około czterystu złotych miesięcznie. Bez żadnej większej choroby. Bez operacji. Bez sytuacji, w której o drugiej w nocy jedziesz do całodobowej kliniki i dowiadujesz się, że samo wejście do budynku kosztuje tyle, co weekend w Zakopanem. Policzyłem. - Siedemdziesiąt dziewięć tysięcy. - Co? - Siedem tysięcy zakupu plus czterysta miesięcznie przez piętnaście lat. Ale to jeszcze nie koniec. Otworzyłem kolejną kolumnę. Załóżmy, że zamiast kupować psa za siedem tysięcy inwestujesz tę kwotę. Do tego co miesiąc czterysta złotych, które normalnie wydajesz na jego utrzymanie. Szeroki rynek. Przyjmijmy siedem procent średniorocznie. Piętnaście lat. Wpisałem dane. Enter. Około 144 tysięcy złotych. Pokazałem jej. - Czyli według ciebie mój pies kosztuje sto czterdzieści cztery tysiące? - Nie. Zrobiłem pauzę. - On zabierze ci około siedemdziesięciu dziewięciu tysięcy gotówki. Resztę zrobi procent składany, którego nie będziesz miała. Oliwia schowała telefon. - Możesz sobie liczyć, ile chcesz. Przynajmniej teraz ktoś się cieszy, kiedy wracam do domu. To akurat rozumiałem. Gdyby ktoś zobowiązał się utrzymywać mnie przez następne piętnaście lat, też witałbym go przy drzwiach. Może nawet przynosił kapcie. Wróciłem do biurka. Oliwia musiała teraz pracować na nich oboje. Milo osiągnął wolność finansową w wieku trzech miesięcy. #FIRE #pies #Maltipoo #finanse

Jak wybrać rodziców chrzestnych dla dziecka? 1. Nie kieruj się wyłącznie sympatią. To, że świetnie bawiłeś się z kimś na studiach, nie oznacza, że będzie dobrym chrzestnym. Spróbuj sobie przypomnieć, kto wtedy stawiał. 2. Sprawdź, ilu ma już chrześniaków. Twoje dziecko nie powinno być ósmym projektem w niedofinansowanym portfelu. „Mam już sześciu chrześniaków” nie świadczy o doświadczeniu. Świadczy o obciążeniach. 3. Zbierz opinie od innych rodziców. Nie pytaj: „Czy jest dobrym chrzestnym?”. Każdy powie, że tak, bo co ma powiedzieć. Zapytaj, co dał na komunię. Opinie są subiektywne. Rower da się wycenić. 4. Przeanalizuj jego plany życiowe. Ślub, budowa domu, trójka własnych dzieci. To piękne, że ma marzenia. Problem w tym, że wszystkie mają pierwszeństwo przed osiemnastką twojego syna. 5. Ustal, jakie ma poglądy na wychowanie. Kiedy mówi: „Dzieci nie powinno się rozpieszczać”, koniecznie dopytaj, co ma na myśli. Może chodzić o konsekwencję i stawianie granic. Ale może też chodzić o książkę za trzydzieści złotych na każde urodziny aż do pełnoletności. 6. Nie wybieraj obojga chrzestnych z jednej pary. Wystarczy, że pokłócicie się o miejsce przy weselnym stole, a dziecko straci oba źródła finansowania. Dywersyfikuj. Twój syn nie powinien ponosić pełnych konsekwencji tego, że nazwałeś wujka idiotą. 7. Nie skreślaj kandydata mieszkającego za granicą. „Niestety nie możemy przyjechać, więc wyślemy pieniądze” to nie jest zła wiadomość. Dziecko dostaje prezent. Ty nie musisz gotować obiadu dla sześciu osób. Niektóre relacje naprawdę zyskują na odległości. 8. Pomóż im uniknąć nietrafionych prezentów. Na pytanie „Co kupić małemu?” nie odpowiadaj: „Cokolwiek”. Cokolwiek to zwykle duży plastikowy przedmiot, który gra, świeci i wymaga baterii kupowanych już z twojego budżetu. Powiedz: „Zabawki już ma. Odkładamy mu na mieszkanie”. Nie umie jeszcze chodzić, ale to nie powód, żeby nie miał wkładu własnego. 9. Rodzinie przedstaw wyłącznie wychowawcze uzasadnienie wyboru. Są odpowiedzialni. Myślą długoterminowo. Chcesz, żeby dziecko brało z nich przykład. Nie wspominaj o dwóch mieszkaniach na wynajem. Chyba że ktoś zapyta, jaki konkretnie przykład. 10. Pamiętaj, że pieniądze to nie wszystko. Miłość, uwagę i poczucie bezpieczeństwa zapewnisz dziecku ty. Nie musicie się dublować. #FIRE #Rodzina #Wychowanie #Chrzestni

Jutro wrzucę na Instagrama takie zdjęcie, tylko zamiast samochodu będzie wydrukowane potwierdzenie zakupu kolejnej jednostki ETF. #ETF #inwestowanie #finanse

Napisałem post o weselu. O uroczystości, która cementuje związek dwojga ludzi. O miłości. O rodzinie. A Wy tylko jedno: „ILE W KOPERTĘ?” Ludzie, co się z Wami stało? Gdzie są wartości? Poza tym wychodzę z prostego założenia: gdyby młodzi chcieli, żeby goście refinansowali wesele, to podaliby numer konta. Spokojnie jednak. Nie idę z pustymi rękami. Prezent będzie. Właśnie drukuję dla młodej pary mój autorski poradnik: „Jak budować wspólny majątek i nie rozwieść się przez konsumpcję?”. Koperta będzie wypchana po brzegi. #Wesele #Miłość #Rodzina

W biurze ktoś powiedział, że pieniądze nie powinny być jedyną motywacją do pracy. Zgodziłem się. Dlatego część wynagrodzenia automatycznie przelewam na konto maklerskie. Dzięki temu motywują mnie również: - ETFy, - dywidendy, - procent składany i przyszła niezależność finansowa. Warto dywersyfikować źródła motywacji. #motywacja #finanse #inwestowanie

Pośród setek wyzwisk na mojej skrzynce odbiorczej trafiają się również takie wiadomości. Ku chwale ETFów! https://t.co/RBYhEbJs21 #ETF #inwestycje #finanse

Uważam, że HR powinien już pierwszego dnia przekazywać nowemu pracownikowi listę osób wypisanych z PPK. Człowiek od razu wiedziałby, z kim warto się trzymać, a komu nie podawać ręki. Na szczęście u nas w firmie to ja pełnię tę funkcję. #HR #nowipraco #kulturaorganizacyjna

Mój najlepszy przyjaciel poznał dziewczynę. Ucieszyłem się. Jurek to nie był zwykły kolega, z którym można porozmawiać o meczu. To był człowiek, któremu mogłem o dwudziestej drugiej wysłać zdjęcie paragonu, a on bez żadnego wprowadzenia odpisywał: „Przepłaciłeś za pomidory. W Kauflandzie były tańsze”. Dobrze zarabiał. Nawet bardzo dobrze. Ale kiedy dostawał podwyżkę, nie zmieniał samochodu ani telefonu. Zmieniał wysokość stałego przelewu na rachunek maklerski. Kiedy wysyłał mi wiadomość „grubo dzisiaj poszedłem”, wiedziałem, że dokupił akcje jakiejś spółki, a nie zamówił dziesięć kieliszków alkoholu w klubie. Rozumieliśmy się bez słów. Dlatego kiedy zadzwonił, że poznał dziewczynę i chciałby przedstawić ją mnie i żonie, szczerze się ucieszyłem. Zasługiwał na szczęście. Na kogoś, z kim będzie mógł dzielić życie. Czynsz. Koszty dostawy. Zaprosiłem ich na sobotę. Chciałem, żeby było miło, więc już w piątek umówiłem prezentację Thermomixa i wymusiłem pokaz pizzy. Na sobotę wystarczyło ją podgrzać. Kupiłem też wino. Spędziłem 15 minut na profilu jakiegoś znawcy win, tylko po to, żeby wybrać takie z najlepszą relacją ceny do jakości. Wydałem 18,99 zł. Z własnych pieniędzy. Przyszli o osiemnastej. Jurek od progu się uśmiechał. Uścisk. Klepnięcie po plecach. - Stary, w końcu. - No, trochę się nie widzieliśmy. Potem przywitałem Mariolkę. Podała mi rękę. Paznokcie. Długie. Zrobione. Z jakimś połyskującym wykończeniem. Pierwsza lampka ostrzegawcza. Jurek od lat podzielał moje zdanie, że tego rodzaju zabieg nie dodaje dłoni żadnej użytecznej funkcji. Kiedyś sam powiedział: „Płacisz, żeby trudniej było podnieść monetę z podłogi”. Śmialiśmy się z tego przez cały wieczór. Teraz trzymał taką dłoń i wyglądał na zadowolonego. Ale nie zamierzałem nikogo oceniać na wejściu. - Rozbierajcie się, zapraszam. Jurek zdjął kurtkę. Na jego klatce piersiowej pojawiło się wielkie: HUGO. Na całą szerokość. Napis było widać z kuchni. Przez chwilę patrzyłem. Potem uśmiechnąłem się do niego. - A co ty, jakieś żarty? - Co? Wskazałem na napis. - No to. Spojrzał w dół. Uśmiechnął się niepewnie. - Nie no, wiesz... Czekałem. Przez osiem lat miał gotową odpowiedź na każde pytanie o zasadność wydatku. - Bo on ciągle chodził w tym samym - wtrąciła się Mariolka. - Mówię mu: przecież źle nie zarabiasz, kup sobie wreszcie jakieś porządne rzeczy. No i trochę go wyciągnęłam na zakupy. - A poprzednie były zniszczone? - zapytałem. - Nie, ale ile można chodzić w tych samych ubraniach? Znałem odpowiedź. Jurek też ją znał. Jeszcze rok temu wymienialiśmy zdjęcia metek, żeby ustalić, które rzeczy najlepiej znoszą wieloletnie użytkowanie. Usiedliśmy. Uznałem, że nie będę psuł wieczoru przez cztery litery. Wstawiłem pizzę do piekarnika i wróciłem do salonu. Chciałem porozmawiać o czymś przyjemnym. - Widać, że zakochany. Nawet ostatnio zapomniałeś podesłać mi struktury portfela. Uśmiechnąłem się. To była nasza tradycja od ośmiu lat. Ostatni dzień miesiąca. On wysyłał swoje zestawienie. Ja swoje. Potem omawialiśmy zmiany. - A, nie, nie zapomniałem - powiedział. - Po prostu już tak nad tym nie siedzę. Zresztą niewiele się zmieniło, bo ostatnio nie dokupowałem. Poprawiłem się na krześle. - Jak to nie dokupowałeś? Problemy w pracy? - Nie, teraz mam trochę inne wydatki. Za tydzień lecimy do Japonii. Przez chwilę patrzyłem na niego bez słowa. Potrzebowałem chwili, żeby poukładać dane. Brak zakupów do portfela. HUGO. Japonia. To przestawały być niezależne zdarzenia. Mariolka opowiadała o planie wyjazdu. Miastach, hotelach, pociągach. O restauracji, do której rezerwację trzeba było zrobić dużo wcześniej. Jurek słuchał z uśmiechem. Znałem ten uśmiech. Tak wyglądał, kiedy rynek spadał dzień przed jego miesięczną wpłatą. Teraz uśmiechał się do rezerwacji stolika. - No właśnie. Trzeba też trochę pożyć. Powiedział to Jurek. Człowiek, który na weselu odsunął ode mnie koszyk z pieczywem i powiedział: „Nie zapychaj się chlebem. Poczekaj na coś lepszego. Dałeś pięćdziesiąt do koperty”. Spojrzałem na żonę. Potem na wino. Wczoraj przez dwadzieścia minut negocjowałem z obcą kobietą drugą blachę pizzy, żeby godnie przyjąć człowieka, który właśnie powiedział, że przez ostatnie osiem lat nie żył. Złapałem się za brzuch. Żona przestała się uśmiechać. - Co ci jest? - Nie wiem. Jakoś mnie ścisnęło. Jurek pochylił się w moją stronę. - Może się położysz? Skinąłem głową. - Chyba będę musiał. Przepraszam was. Mariolka od razu zaczęła zbierać swoje rzeczy. - To my chyba w takim razie sobie pójdziemy. Nie zaprotestowałem. Jurek wstał. - Stary, odpocznij. Nadrobimy po powrocie. Przy drzwiach Mariolka powiedziała, żebym się nie przejmował. Że jeszcze będzie okazja. Że następnym razem możemy się spotkać gdzieś na mieście. Przycisnąłem dłoń do brzucha trochę mocniej. Drzwi się zamknęły. Żona przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu. Potem zapytała: - Już ci przeszło? Wyprostowałem się. - Brzuch tak. Z kuchni dobiegł sygnał piekarnika. Pizza była gotowa. Poszedłem wyłączyć grzanie. Wino nadal stało zamknięte na blacie. Przynajmniej tego nie zdążyłem otworzyć. - On jest szczęśliwy - powiedziała żona. - Widziałem. - To dlaczego zachowujesz się, jakby wydarzyło się coś strasznego? Nie odpowiedziałem. Wziąłem telefon. Przez osiem lat, kiedy ktoś w moim otoczeniu podejmował niezrozumiałą decyzję finansową, odruchowo pisałem do Jurka. Otworzyłem naszą rozmowę. Zacząłem wpisywać: „Stary, nie uwierzysz, co się właśnie odwaliło”. Popatrzyłem na ekran. Potem skasowałem. Nie miałem już komu tego wysłać. #przyjaźń #miłość #życie

Brak mojej skromnej osoby w tym zestawieniu uważam za niewiarygodny skandal. https://t.co/U9AZf8KNOV #skandal #opinie #sprawiedliwość

Początek września. Jak co roku krótkie spotkanie organizacyjne w klasie syna. Wszyscy siedzą na tych małych krzesełkach i czekają, aż będzie można wrócić do domu. Wychowawczyni przechodzi do finansów. - Składkę proponuję taką jak w zeszłym roku, 200 złotych. Podniosłem rękę. - Czy zanim ustalimy wysokość składki, mógłbym zabrać głos? - Oczywiście. Pan jest skarbnikiem, więc proszę krótko powiedzieć, jak wygląda sytuacja. Krótko. Tak się właśnie w Polsce podchodzi do pieniędzy. Na omawianie zasad bezpieczeństwa było dwanaście minut. Na zarządzanie kapitałem dwudziestu sześciu gospodarstw domowych ma być „krótko”. Od czasu czerwcowego rozliczenia moja pozycja jako skarbnika była bardzo mocna. Wynik finansowy zrobił swoje. Nie mogę powiedzieć, że rodzice polubili moje wystąpienia. Ale lubili patrzeć na saldo po ich zakończeniu. Przy szybkim omówieniu struktury portfela na ten kwartał nagle jedna z kobiet podniosła rękę. Nie znałem jej. Przypomniałem sobie, że w tym roku dołączył do klasy nowy uczeń, więc to musiała być jego rodzicielka. - Słucham – powiedziałem. - Przepraszam, ale ja mam taką inicjatywę. Może na początek zorganizujemy dzieciakom jakieś wspólne wyjście? Na pizzę na przykład. Żeby mój Kuba mógł wszystkich lepiej poznać. Mężczyzna siedzący obok niej zamknął oczy. - O kurwa... - powiedział cicho. Wszystkie głowy odwróciły się w jej stronę. Potem w moją. Potem w stronę torby, w której trzymałem laptopa. Ojciec przy drzwiach powoli zdjął kurtkę, którą przed chwilą założył. - Ale prywatnie - powiedziała szybko jedna mama. - Pani na pewno ma na myśli prywatne wyjście. Każdy płaci za swoje dziecko i nie poruszamy tematu funduszu. - No nie wiem. Przecież zbieramy składki, więc może z tych pieniędzy... - zaczęła mówić nowa mama. Kobieta obok niej położyła dłoń na jej przedramieniu. - Nie kończ tego zdania. Nowa zaśmiała się niepewnie. Myślała, że to jakiś klasowy żart. - Ja mogę postawić tę pizzę - odezwał się ojciec z drugiego rzędu. Spojrzałem na niego. W lutym przez tydzień nie mógł znaleźć pięćdziesięciu złotych na zaległą składkę. Teraz chciał nakarmić dwadzieścioro kilka dzieci. Jednak sytuacja materialna polskich rodzin potrafi się poprawić z minuty na minutę. - Ale naprawdę nie trzeba - odpowiedziała nowa mama. - Ja mogę po prostu pomóc przy pieniądzach. W poprzedniej klasie byłam skarbnikiem. Trzymałam wszystko na swoim koncie i płaciłam, jak coś było potrzebne. Mam doświadczenie. Ojciec z drugiego rzędu spuścił wzrok. Kobieta obok cofnęła dłoń. Nikt już nie wierzył, że da się ją uratować. Przez chwilę patrzyłem jej prosto w oczy. Potem sięgnąłem po torbę. - Chyba będziemy musieli zostać trochę dłużej. Ktoś z tyłu zadzwonił do domu. - Zjedzcie beze mnie. Przerwa. - Nie wiem, ile. Dopiero wyciąga laptopa z torby. Zależy, którą prezentację włączy. Postawiłem komputer na biurku. Ojciec z drugiego rzędu podjął ostatnią, desperacką próbę. - Napoje też mogę wziąć na siebie. Nie odpowiedziałem. Nie chodziło o catering. Kobieta właśnie zaproponowała przejęcie zarządzania kapitałem i jako referencje podała, że wcześniej przez rok nic z nim nie robiła. Podłączyłem laptopa do rzutnika. Nowa mama poprawiła się na krześle. - Ja naprawdę nie chciałam nikogo urazić. - Nie jestem urażony. Chciałbym tylko poznać wyniki pani poprzedniego funduszu – odpowiedziałem. - Jakie wyniki? - Ile zarobił? - Nic. To były pieniądze na wydatki dzieci. Skinąłem głową. - Zapiszmy. Zero. - Ale też niczego nie straciliśmy. Mężczyzna obok niej ukrył twarz w dłoniach. - Błagam, nie otwierajmy inflacji - powiedział. Miał rację. Na ten temat miałem osobny materiał. Zostałem przy historii naszego funduszu. - Luty. Przejmuję funkcję skarbnika. Zastaję zaległe składki, luki w ewidencji i dokumentację prowadzoną w... - Zeszycie w kratkę - odpowiedziała para z trzeciego rzędu. - Dokładnie. Byłem zadowolony. Coś jednak zostaje ludziom w głowach. Omówiłem odzyskanie należności. Zabezpieczenie tysiąca złotych kapitału. Zakup ETF-a na sektor półprzewodników. - W maju pozycja osiągnęła... - Plus czterdzieści pięć przecinek dziewiętnaście procent - powiedział ojciec przy drzwiach. Nowa mama spojrzała na niego. Potem na pozostałych. Chyba zaczynała rozumieć, do jak świadomej finansowo społeczności trafiła. - A w czerwcu, nawet po potrąceniu jego opłat, wyszliśmy bardzo dobrze - dodała szybko jej sąsiadka. - Naprawdę jesteśmy zadowoleni. - Jakich opłat? Sąsiadka zamknęła oczy. - Dziękuję za to pytanie - powiedziałem. - Ja za nie przepraszam - odezwał się ktoś z tyłu. Otworzyłem odpowiedni slajd. Opłata za zarządzanie. Premia za wynik. Po godzinie przeszedłem do rekomendacji. - Proponuję zwiększyć tegoroczną składkę z dwustu do czterystu złotych. - Jestem za – odpowiedział od razu ojciec przy drzwiach. Kilka rąk natychmiast poszło w górę. - Jeszcze nie wyjaśniłem, dlaczego akurat czterysta – powiedziałem. - Ufamy panu. Miło. Nowa mama zamknęła notes. Podwyżka przeszła jednogłośnie. Pierwsze przelewy przyszły, zanim odłączyłem komputer. Na korytarzu nową rodzicielkę otoczyło już kilkoro rodziców. Ktoś podał jej numer telefonu. Ktoś objął ją ramieniem. Słyszałem, jak przeprasza: - Ja naprawdę nie wiedziałam. - Spokojnie - odpowiedziała jedna z kobiet. - Ja na pierwszym zebraniu zapytałam, czy nie bezpieczniej byłoby na lokacie. Nowa spojrzała na nią ze zrozumieniem. Po chwili rozmawiały już jak stare znajome. Schowałem ładowarkę. Integracja. Bez pizzy. Od początku wiedziałem, że ten wydatek nie jest konieczny. #FIRE #finanse #szkoła #rodzice

W poniedziałek dyrektor zwołał spotkanie całego działu. Na ekranie wyświetlił slajd: „MYŚL JAK WŁAŚCICIEL”. Usiadłem bliżej. Pierwszy raz od dawna nazwa spotkania sugerowała, że mogę z niego wyjść z czymś więcej niż dodatkowym zadaniem. Wyjąłem długopis. - Chciałbym, żebyśmy zmienili nasze podejście do pracy - zaczął dyrektor. - Nie możemy funkcjonować tak, że każdy patrzy tylko na swój zakres obowiązków. Już mi się nie podobało. Zakres obowiązków był jednym z moich ulubionych dokumentów. Zaraz po powiadomieniu o wpłynięciu wynagrodzenia. - Potrzebujemy właścicielskiego podejścia. Odpowiedzialności. Zaangażowania. Myślenia długoterminowego. Chciałbym, żeby każdy traktował tę firmę jak swoją. Podniosłem rękę. Dyrektor uśmiechnął się. - Słucham. - Kiedy dostaniemy udziały? Uśmiech został. Ale przestał się rozwijać. - Nie o takich kwestiach teraz rozmawiamy. - Przepraszam. Usłyszałem „jak swoją” i poszedłem w stronę własności. - Chodzi o postawę. - Czyli udziały nie? - Nie. Zapisałem. Udziały: zero. - Będzie jakiś udział w zysku? - System premiowy na razie pozostaje bez zmian. Dopisałem. Dyrektor spojrzał na mój notes. - Co ty tam zapisujesz? - Warunki wejścia. Dyrektor przeszedł do przykładu. - Wyobraźcie sobie, że jest szesnasta, a ważny projekt nie został skończony. Osoba myśląca tylko jak pracownik zamyka komputer i wychodzi. Bardzo dokładny opis mojego planu na dzisiejsze popołudnie. - Natomiast właściciel zastanawia się, co może zrobić, żeby dowieźć temat. - Bo ma udział w wyniku - powiedziałem. - Bo czuje odpowiedzialność. - Jedno nie wyklucza drugiego. Możemy mu zaproponować, żeby oddał udziały i został z samą odpowiedzialnością. Zobaczymy, o której wyjdzie. - Naprawdę musisz sprowadzać wszystko do pieniędzy? - zapytał dyrektor. Rozejrzałem się po sali. Biuro. Poniedziałek. Dziewięć osób, które przyjechały tutaj zamiast zostać w domu. - Wydaje mi się, że to dość istotny element naszej znajomości. Pani z HR-u postanowiła pomóc. - Chodzi o poczucie wpływu. Żeby pracownicy wiedzieli, że mogą realnie kształtować organizację. To brzmiało już lepiej. - Czyli będziemy mieć wpływ na podział zysku? - Nie w tym sensie. - Na obsadę zarządu? - Też nie. - Na wynagrodzenia? - Możecie zgłaszać propozycje. Mogłem również zgłosić propozycję obniżenia cen w sklepie. Nie czyniło mnie to współwłaścicielem Biedronki. Spojrzałem na notes. Udziały: zero. Nowe korzyści finansowe: zero. Prawo do podejmowania decyzji: zero. Dodatkowe zaangażowanie: bez podanego limitu. Zrozumiałem ofertę. Nie obraziłem się. Gdybym mógł pozyskać dziewięć dodatkowych wieczorów za jedno zdanie na slajdzie, też sprawdziłbym zainteresowanie rynku. Problem polegał na tym, że siedziałem po niewłaściwej stronie transakcji. - To jest inwestycja w waszą przyszłość - powiedział dyrektor. - Jeżeli firma się rozwija, wszyscy na tym korzystają. - Firma w zeszłym roku miała rekordowy wynik. - Właśnie. - A na rozmowie o podwyżce powiedział pan, że wynik firmy nie przekłada się automatycznie na moje wynagrodzenie. Zapadła cisza. Lubię pamiętać takie rzeczy. Ludzie nie doceniają, ile można zaoszczędzić na dobrej pamięci. Dyrektor odłożył pilota. - Nie chciałbym, żebyśmy zmienili to spotkanie w negocjacje płacowe. - Ja też nie. Na razie próbuję ustalić, kim jestem. - Jesteś ważną częścią zespołu. - Ale gdy trzeba zostać po godzinach, mam być właścicielem? - Masz wykazać się odpowiedzialnością. - A gdy pytam o zysk, wracam na etat? Nie odpowiedział od razu. - Proszę tylko doprecyzować, w których godzinach obowiązuje która rola. Nie chciałbym przez pomyłkę zachować się jak właściciel podczas wypłacania dywidendy. Po spotkaniu dyrektor zatrzymał mnie przy drzwiach. - Mogłeś nie robić tego przy wszystkich. - Myślałem jak właściciel. - To znaczy? - Zanim zainwestuję dodatkowe zasoby, chcę wiedzieć, co dostanę w zamian. Popatrzył na mnie. Przez chwilę miałem nadzieję, że doceni tempo wdrożenia szkolenia. - Po prostu rób dobrze swoją pracę - powiedział w końcu. - W dotychczasowym zakresie? - Tak. - W dotychczasowych godzinach? - Tak. Tylko skończmy już ten temat. Zgodziłem się. Nie należy przedłużać negocjacji po uzyskaniu korzystnych warunków. O szesnastej zamknąłem komputer. Projekt, o którym mówił dyrektor, rzeczywiście wymagał jeszcze pracy. Zostawiłem informację, od czego zacznę rano. Wychodząc, zobaczyłem go w gabinecie. Nadal siedział. Bardzo dobrze. Powinien traktować firmę jak swoją. #FIRE #praca #zaangażowanie #motywacja

Rok. Tyle dokładnie dzisiaj mija, odkąd wrzuciłem tutaj pierwszy post. Zmęczony milionem nowych kont, które wyglądały identycznie i z namaszczeniem pokazywały inwestowanie kilkuset złotych na XTB, wymyśliłem jakąś głupią nazwę (pod wpływem twitta @KamilSochanek), w ciągu kilkunastu minut wrzuciłem jakieś 3 bzdurne wpisy i zamknąłem aplikację. A potem zaczęła przychodzić mi masa powiadomień. Więc pisałem dalej. I z czegoś, co miało być zabawą na parę dni, zrobiła się rzecz, która trwa do dzisiaj. Kilka dni temu wybiło 40 tysięcy obserwujących na X, a Facebook z jakiegoś powodu uznał, że algorytmy powinny pchać te bzdury jeszcze dalej i posty tam żyją własnym życiem. Przyznam szczerze, że najlepiej bawiłem się na początku, gdy zdecydowana większość ludzi brała te teksty śmiertelnie poważnie. Mój ulubiony to chyba ten z własnoręcznie wypieczoną pizzą, zamiast wyjścia na kolację z żoną. Rady małżeńskie dla mojej żony w komentarzach i wyzywanie mnie od najgorszych to było czyste złoto. Wiem też, że na początku krążyła teoria, że to konto to projekt marketingowy jakiegoś brokera. Nie, za profilem stoi jedna osoba, która po prostu lubi sobie popisać. Nie jestem też drugim kontem @DnaRynkow, chociaż on sam tak twierdzi XD. I jeszcze jedno, sama nazwa powstała w ułamku sekundy, ale prawda jest taka, że na profilu nigdy nie było nic o alkoholu, a ja sam piję go bardzo sporadycznie, więc od dzisiaj będzie po prostu AlkoInwestor i uznajmy oficjalnie, że to skrót od: Alokacja Kapitału Oszczędnościowego. Przynajmniej dopóki nie będzie mi się chciało wymyślić czegoś lepszego. No i tyle. Pewnie za kolejny rok spojrzę na te teksty i przy połowie będę się zastanawiał jak mogło wydawać mi się to zabawne. Ale skoro ten eksperyment miał potrwać kilka dni, a wytrzymał rok, to chyba można uznać, że wyszedł trochę lepiej, niż zakładałem. A dla ludzi, których interesują tylko liczby: Zarobki z samego Twittera od Muska wyniosły równe $1,222.78. Oczywiście wszystko wrzucone w ETFy akumulujące o niskim TER. Dzięki za ten rok. #FIRE #inwestowanie #sukces #wzrost

Jak pewnie pamiętacie jakiś czas temu wziąłem kredyt 0% z Velobanku na 8000 zł i wrzuciłem go prosto w ETFa na sektor technologiczny. Nie kupiłem telewizora. Nie pojechałem na wakacje. Nie sprawiłem sobie czegoś, bo "przecież też mi się należy”. Uznałem, że należy mi się więcej kapitału. Po nieco ponad 4 miesiącach wartość tej inwestycji wynosi 9343,49 zł. Pełne porównanie z wariantem wpłacania po 333 zł miesięcznie zrobimy po 24 miesiącach, zgodnie z zapowiedzią. Cztery miesiące to jeszcze nie powód, żeby wydawać książkę o swojej strategii. Ale tytuł roboczy już mam. „Pierwsze 8000 zł trzeba pożyczyć”. #inwestowanie #finanse #ETF

W zeszłym tygodniu wpadła do nas koleżanka żony. Tylko na chwilę. Została dwie godziny. Po pierwszej szklance wody powiedziała, że kupiła robot gotujący za siedem tysięcy złotych. Od razu wiedziałem, że tę znajomość trzeba będzie stopniowo wygaszać. - Jest fantastyczny - mówiła. - Gotuje, waży, sieka, miesza. Oszczędzam mnóstwo czasu. Kilka dni później żona wysłała mi rolkę. Kobieta wrzucała warzywa do urządzenia, naciskała ekran i po chwili miała zupę. Na początku zastosowałem strategię pasywną. Nie reagowałem. Większość impulsów konsumpcyjnych, jeżeli nie dostarcza się im uwagi ani kapitału, z czasem wygasa. Wieczorem przeczytałem wszystko. Cena. Funkcje. Koszty serwisu. Darmowy pokaz. Następnego dnia powiedziałem żonie: - Umów pokaz. Spojrzała na mnie podejrzliwie. - Ty chcesz obejrzeć robot za siedem tysięcy? - Chcę rzetelnie ocenić produkt. Przed spotkaniem sprawdziłem wszystko jeszcze raz. Warunki. Przebieg pokazu. Najczęściej przygotowywane potrawy. Opinie ludzi, którzy nie kupili. Nie znalazłem żadnego punktu mówiącego, że po zjedzeniu zupy przechodzi na nas obowiązek zapłaty siedmiu tysięcy złotych. To mi wystarczyło. Przedstawicielka przyszła w czwartek o siedemnastej. Punktualnie. To doceniam. Przywiozła urządzenie, torby z produktami i bardzo dużo entuzjazmu człowieka, który zarabia tylko wtedy, kiedy ktoś inny wyda siedem tysięcy. - Na początek chciałabym poznać państwa potrzeby - powiedziała. - Chcemy zjeść coś ciepłego - odpowiedziałem. Żona spojrzała na mnie. - Chodzi o potrzeby związane z gotowaniem - doprecyzowała przedstawicielka. - Gotujemy codziennie - powiedziała żona. - Ale przydałoby się coś, co oszczędza czas. Przedstawicielka uśmiechnęła się. Miała punkt zaczepienia. - Właśnie po to jest ten robot. Oszczędza czas, pieniądze i miejsce w kuchni. Najpierw zaczęliśmy robić zupę. Później ciasto na bułki. Następnie pastę warzywną. Na końcu deser. Musiałem przyznać, że urządzenie działało sprawnie. Ważyło. Mieszało. Gotowało. - Proszę zobaczyć. Dzięki temu robotowi wiele rodzin przestaje zamawiać jedzenie – powiedziała przedstawicielka. - Nie zamawiamy – odpowiedziałem. - Rzadziej chodzi do restauracji. - Nie chodzimy. - Rezygnuje z gotowych dań. - Nie kupujemy. Jedliśmy dalej. Zupa była dobra. Bułki również. Wziąłem dokładkę pasty. Przedstawicielka obserwowała mnie i najwyraźniej uznała apetyt za sygnał zakupowy. To był błąd. Pozytywna ocena produktu spożywczego nie oznacza akceptacji urządzenia, które go przygotowało. Lubię chleb. Nie oznacza to, że chcę kupić piekarnię. Po deserze przedstawicielka usiadła naprzeciwko nas. - I jak wrażenia? - Bardzo mi się podobało - powiedziała żona. Przedstawicielka spojrzała na mnie. - Jedzenie było poprawnie przygotowane. Nie była to odpowiedź, na którą liczyła, ale trudno było ją podważyć. - Tak się składa - powiedziała - że mam jeszcze jedną fabrycznie nową sztukę w samochodzie. Mogliby państwo mieć robota już dzisiaj. Klasyczna presja dostępności. - Nie jesteśmy zainteresowani zakupem - powiedziałem. Przedstawicielka nadal się uśmiechała. - Rozumiem. Chociaż warto pamiętać, że można skorzystać z rat zero procent. - Cena nadal wynosi prawie siedem tysięcy. - Ale płatność rozkłada się na wygodne miesięczne raty. - Pokrojenie wydatku na mniejsze kawałki nie zmniejsza wydatku. Przedstawicielka zmieniła kierunek. - Proszę pomyśleć o czasie, który państwo odzyskają. - Ile godzin miesięcznie urządzenie nam zaoszczędzi? - Każda rodzina korzysta inaczej. - Czyli nie znamy liczby, ale mamy już wycenę. Żona wzięła głęboki oddech. Przedstawicielka spróbowała odwołać się do emocji. - Nie wszystko musi się zwracać. Czasem warto zapłacić za komfort. - Od czterdziestu minut tłumaczy pani, że urządzenie oszczędza pieniądze. - Bo oszczędza. - Ale kiedy proszę o wyliczenia, okazuje się, że nie wszystko musi się zwracać. Na chwilę zapadła cisza. Wiedziałem, że jesteśmy blisko końca. - Większość osób po pokazie decyduje się na zakup - powiedziała. Dowód społeczny. Późna faza procesu sprzedażowego. - Większość ludzi nie inwestuje regularnie, wymienia sprawne telefony i wybiera samochód na podstawie wysokości raty - odpowiedziałem. - Nie używam większości jako wskaźnika jakości decyzji finansowej. Przedstawicielka spojrzała na żonę. - A pani co o tym myśli? Sprytne. Próba rozdzielenia komitetu zakupowego. Żona spojrzała na robota. Potem na mnie. - Bardzo mi się podoba - powiedziała. - Ale na razie nie kupimy. Przedstawicielka zaczęła pakować urządzenie. Powoli. Bez wcześniejszego entuzjazmu. Na koniec wręczyła żonie wizytówkę. - Proszę się odezwać, gdyby zmienili państwo zdanie. - Oczywiście - powiedziała żona. Zamknęły się drzwi. Przez chwilę staliśmy w kuchni. Na blacie zostały dwie bułki, pół pojemnika pasty i porcja deseru. Pełny sukces. Żona odwróciła się do mnie. - Ty od początku nie zamierzałeś tego kupić. - Od początku zamierzałem uczciwie ocenić produkt. Wyjąłem telefon Otworzyłem arkusz i pokazałem go żonie. Na ekranie widniał tytuł: „Przedstawiciele Thermomix - baza kontaktów i potencjalne menu”. Siedemnaście nazwisk. Numery telefonów. Obszary działania. Przy niektórych dopiski: „robi pizzę”, „specjalizacja: pieczywo”, „na pokazach podobno risotto”, „możliwy deser lodowy”. Żona patrzyła na ekran. - Co to jest? - Znalazłem przedstawicieli w promieniu trzydziestu kilometrów. - Po co? - Każdy oferuje darmowy pokaz. - Nie będziemy umawiać siedemnastu pokazów. - Oczywiście, że nie. Odetchnęła. - Nie ma sensu organizować ich wszystkich od razu. Rozłożyłem je na kilka miesięcy, żeby zachować różnorodność menu - doprecyzowałem. - Ty chcesz ciągać tutaj tych biednych ludzi, wiedząc, że niczego nie kupisz? - Każdy przedstawiciel dostanie równe szanse przekonania mnie. - Nikt cię nie przekona. - W takim razie podejmiemy bardzo dobrze udokumentowaną decyzję zakupową. Przesunąłem arkusz w dół. Na końcu była symulacja. Liczba pokazów. Średnia liczba porcji. Szacunkowa wartość produktów. Oszczędność na kolacjach. Żona zamknęła oczy. - Zarezerwuj sobie czwartek. Zabieram Cię do Włoch. A raczej Pani Monika nas zabierze. Focaccia, krem pomidorowy i lody - powiedziałem. Żona nic nie odpowiedziała. Schowałem pozostałe bułki do pojemnika. Thermomix faktycznie może oszczędzać pieniądze. Trzeba tylko bardzo uważać, żeby go nie kupić. #FIRE #gotowanie #produkty #zakupy