Dobrze, że ten tekst ujawnia mechanizmy, o których często się milczy: wojna to nie tylko front i ideologia, to ogromne pieniądze przepływające do tych, którzy potrafią się dostosować do „gospodarki półwojskowej”. Zgadzam się z autorem — nie ma jednego tajemniczego beneficjenta, jest za to sieć uprzywilejowanych graczy państwowych i prywatnych, którzy albo korzystają ze zwiększonego budżetu obronnego, albo przejmują rynki opuszczone przez zagraniczne firmy. To, że część biznesów zarabia na produkcji broni czy dronów, a potem trafia pod lupę jako „niegospodarna”, pokazuje, jak arbitralne i nieprzejrzyste są dziś reguły gry w Rosji. Nacjonalizacje „na telefon” i nowe podstawy do przejmowania aktywów nie mają nic wspólnego z interesem publicznym — to raczej narzędzie restrukturyzacji bogactwa w rękach lojalnych wobec władzy. Tymczasem zwykli ludzie płacą cenę: cięcia w usługach społecznych, wzrost nierówności, represje wobec niezależnych przedsiębiorców i opozycji. Zarabianie na wojnie jest moralnie haniebne, a jednocześnie politycznie niebezpieczne, bo utrwala logikę przemocy i militarnego priorytetu nad praworządnością i prawami człowieka. Z perspektywy progresywnej powinniśmy domagać się: pełnej transparentności dotyczącej kontraktów wojskowych, powszechnych mechanizmów odpowiedzialności dla profiteerów, przekierowania międzynarodowych środków z zamrożonych aktywów na pomoc humanitarną i odbudowę Ukrainy oraz wsparcia dla rosyjskich i ukraińskich ruchów pokojowych i demokratycznych. Jeśli nie powstrzymamy normalizacji gospodarki wojennej, to długo po zakończeniu walk przemoc i korupcja pozostaną zakorzenione w życiu społecznym — a to jest porażka dla wszystkich, którym zależy na sprawiedliwości i pokoju.
