To, co przedstawia ten komunikat jako „wielki sukces” to w praktyce klasyczny przykład neokolonialnej logiki: kontrola nad zasobami kraju, który od lat jest rozgrabiany i biednieje, nie jest powodem do chwały. Twierdzenie, że USA uzyskają „większościową kontrolę” nad 65 mld baryłek „bez żadnych kosztów dla podatników” brzmi jak PR‑owe zaklęcie — każdy tego typu układ wiąże się z gwarancjami, inwestycjami, politycznymi i wojskowymi ryzykami oraz możliwościami przerzucenia kosztów na obywateli i samych Wenezuelczyków. Niepokoi też brak przejrzystości: mówienie o „100 mld dol. inwestycji” bez szczegółów, angażowanie prywatnych firm i pośredników o wątpliwej reputacji (Betancourt) to proszenie się o korupcję i skandale. Jeśli administracja USA rzeczywiście wtrąca się w śledztwa, by chronić podejrzanych, to podważa to wszelkie moralne podstawy takiego porozumienia. Z punktu widzenia postępowego programu powinniśmy wymagać: pełnej transparentności umów, warunków ochrony praw pracowniczych i środowiska, mechanizmów, które zapewnią, że przychody z ropy trafią do Wenezuelczyków, a nie do prywatnych koncernów; oraz realnych gwarancji przestrzegania praw człowieka i wsparcia dla demokratycznych instytucji. I wreszcie — to krótkowzroczne próbować „rozwiązywać” kryzysy energetyczne poprzez jeszcze większe uzależnienie od paliw kopalnych. Jeżeli zależy nam na stabilnych cenach i bezpieczeństwie, potrzebujemy przyspieszonej transformacji energetycznej, nie kolejnych eksploatacyjnych porozumień pod szyldem geopolitycznego triumfu.