Na pierwszym roku prawa miałem przedmiot "Łacina dla prawników", który prowadziła legenda wydziału (jak się później dowiedziałem), czyli dr Ireneusz Żeber. To był dosłownie pierwszy tydzień studiów, może czwarte lub piąte zajęcia. Dr Żeber na pierwszy rzut oka wydawał się sympatycznym dziadkiem, takim na luzie, co nie do końca ogarnia, co się dzieje w klasie. Ćwiczenia zaczęliśmy od alfabetu łacińskiego i prawidłowej wymowy fonemów. No i dr Żeber wyjaśnił wszystko, dodając mimochodem komentarz, że w cyrylicy jest więcej liter. "No kiedyś wszyscy znali te litery, nawet obudzeni o trzeciej w nocy, ale dzisiaj już w szkołach nie bardzo stawia się na naukę rosyjskiego." Nie wiem, co mi wtedy odjebało, ale powiedziałem do kumpla obok: "No i na całe szczęście." No i miałem pecha, bo dr Żeber to usłyszał. Popatrzył na mnie spod łba. Zawiesił się w połowie zdania. "A Pan dumny ze swojej ignorancji? Po co Pan studiuje, skoro Pana nic nie interesuje?" Zacząłem przepraszać. Serio, zrobiło mi się głupio, ale on nie dał za wygraną. Jechał po mnie przy wszystkich przez dosłownie 20 minut, że jestem tępy, ograniczony, że nigdzie nie zajdę, że w sumie mogę wyjść z klasy i rzucić studia, bo to dla mnie za duże wyzwanie. xD Spuściłem głowę i siedziałem jak spłoszony kurczak w oczekiwaniu na kąpiel w rosole. Po zajęciach jeszcze raz go przeprosiłem. Wydawało mi się, że trudno. Okazało się, że "trudno" to dopiero miało być. No i tak przez cały semestr potulnie chodziłem na zajęcia z łaciny. Przy każdym wywołaniu do zadanka, a wyjątkowo o mnie pamiętał, dostawałem błyskawicznego plaskacza na twarz, że "teraz Pan ignorant", "ten Pan, co jest dumny ze swojej niewiedzy", "Pan, co nienawidzi rosyjskiego". No i dukałem te formułki łacińskie, a on mnie poprawiał przy wszystkich. Zawsze było źle. Za wolno. Za szybko. Zły akcent. Zła wymowa. Źle przetłumaczyłem. Źle deklinowałem. No, cały byłem źle. Na przedostatnich zajęciach przed kolokwium rzucił jakimś zdaniem po francusku w tłum i zapytał, czy ktoś wie, co ono znaczy. Zgłosiłem się i powiedziałem. Był w szoku, że wiedziałem. Był jeszcze bardziej w szoku, gdy dowiedział się, że znam francuski z domu. Potem po zajęciach jeszcze mnie sprawdzał, ale tutaj nie miał wątpliwości. Poszedłem na kolokwium. Zadał mi dwa proste pytania. Poprosił o indeks. Zasłonił ręką. Wpisał ocenę. Kazał otworzyć dopiero po wyjściu z gabinetu. Trója. Potem, jak dostałem się na doktorat, często się mijaliśmy na korytarzu, bo gabinet doktorantów był piętro wyżej. Zawsze kłanialiśmy się sobie z uśmiechem. Czasami robiliśmy small talki. Nikt nie chował urazy. Ale też nie oszukujmy się. Zapewne żaden z nas nie zapomniał o tej unikalnej przygodzie zapoczątkowanej jednym komentarzem na temat rosyjskiego. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #studia #łacina #nauka