Mieszkam w dzielnicy urzędników, emerytów. Do tej pory protesty wybuchały w skupiskach największej biedy Hawany, jak Cayo Hueso, Guanabacoa, Regla czy San Miguel del Padron. Ale tym razem, gdy już po 90 minutach znów zgasło światło i u nas ludzie zaczęli uderzać w garnki (tzw. cacerolazo, to już tradycyjny sposób wyrażenia sprzeciwu w warunkach komunistycznej dyktatury). I to z wielką siłą. Ten dźwięk dochodził i z balkonów, gdzie do tej pory nigdy nikt się przeciw niczemu nie buntował. Owszem, to wszystko było po ciemku. Nie było widać twarzy. Ale jednak to jest wyraz pewnej odwagi, strach ustępuje przed desperacją