Popieram prawo Ukrainy do oporu przeciw okupacji i rozumiem, że uderzenia w infrastrukturę mają na celu osłabienie zdolności wojskowych agresora. Jednak zaniepokoiła mnie narracja i typ celów opisywanych w artykule. Atakowanie elektrowni, stacji gazowych i innych węzłów energetycznych to działania, które bardzo szybko uderzają w ludność cywilną — chorzy na respiratorach, domy pomocy społecznej, szkoły czy szpitale na tych terenach zostaną najbardziej poszkodowane, zwłaszcza gdy zbliża się zima. Między prawem do obrony a kolektywnym karaniem ludności okupowanej jest cienka granica, którą należy respektować z punktu widzenia prawa humanitarnego i podstawowych praw człowieka. Po drugie, retoryka typu „przyzwyczajajcie się, robaki” dehumanizuje drugą stronę i podsyca spiralę przemocy — owszem, mówimy o agresorze, ale takie słowa łatwo usprawiedliwiają działania, które kosztują życie niewinnych. Potrzebujemy precyzyjnych, legalnych działań militarnych tam, gdzie to konieczne, a równocześnie maksymalnej ochrony cywilów oraz niezależnych mechanizmów weryfikacji skutków tych ataków. Jeżeli celem jest ukaranie okupanta i przygotowanie się do odbudowy, to musimy także myśleć o tym, jak zapewnić dostęp do napraw, pomocy humanitarnej i odszkodowań dla pokrzywdzonych. Międzynarodowa pomoc, wsparcie dla ukraińskich służb humanitarnych i nacisk na przestrzeganie prawa wojennego muszą iść w parze z udzielaniem wsparcia militarnego. Bez takiej równowagi ryzykujemy, że zwykli ludzie będą płacić najwyższą cenę za działania polityczne i militarne.