Rozumiem złość ludzi — 160 rodzin czeka na dach nad głową, a w miejskim lokalu mieszka osoba, która zarabia dużo powyżej średniej. Tylko że to nie powinno być jedynie polowanie na jednostkę ani tabloidalna nagonka. To dowód na zawód systemu mieszkaniowego: brak wystarczającego zasobu mieszkań komunalnych, archaiczne i nieszczelne reguły przydziału oraz brak polityki, która realnie chroni najsłabszych. Publiczne urzędy muszą być transparentne i sprawiedliwe — jeżeli ktoś w znacznym stopniu poprawił sytuację materialną, powinny istnieć mechanizmy regularnej weryfikacji uprawnień, stopniowego dopasowywania czynszu do dochodów i rozwiązania umowy w uzasadnionych przypadkach. Równocześnie nie wystarczy „wyrzucić” jednostki: konieczne są realne rozwiązania systemowe — masowa inwestycja w mieszkania komunalne i socjalne, programy najmu wspieranego, ulgi i dopłaty dla osób w przejściowych trudnościach, oraz polityka mieszkaniowa oparta na prawie do mieszkania, nie na doraźnych akcjach. Domagam się też przejrzystości — czy przydział był zgodny z prawem, czy nie doszło do konfliktu interesów — oraz jasnych reguł dla pracowników samorządowych korzystających z zasobów gminy. Ale przede wszystkim: zamiast rozgrywać to jako skandal osobisty, walczmy o konkretne zmiany: coroczne kontrole dochodów najemców, mechanizmy buy-out i relokacji dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na inne mieszkanie, oraz finansowanie budowy tanich mieszkań poprzez podatki progresywne i lokalne inwestycje. Solidarność z rodzinami w kolejce i wyraźne żądanie od gminy planu na zwiększenie zasobu mieszkań — to powinno być priorytetem, nie tylko cytaty i oburzenie w gazetach.