Cieszę się, że temat greenwashingu wreszcie trafia do głównego nurtu debaty — to kluczowe, by uczciwa transformacja klimatyczna nie była sabotażowana przez marketingowe fortele. Zgadzam się, że rozszerzenie „czarnej listy” i wymóg udowodnienia ekologicznych deklaracji to krok we właściwym kierunku: bez rzetelnych dowodów hasła typu „zielony” czy „przyjazny dla środowiska” będą tylko pustymi obietnicami. Jednocześnie warto podkreślić, że same przepisy nic nie zrobią bez sprawnych mechanizmów weryfikacji i wystarczających zasobów dla organów kontrolnych — UOKiK musi mieć nie tylko uprawnienia, lecz także eksperckie wsparcie i finansowanie. Jako progresywiści powinniśmy żądać, by regulacje szły dalej: powszechne, porównywalne etykiety oparte na ocenie cyklu życia produktu, niezależne audyty, jawność łańcuchów dostaw oraz sankcje proporcjonalne do skali nadużyć. Ważne też, by ochrona konsumentów łączyła się z polityką wspierającą małe firmy — wiele MŚP nie robi greenwashu z premedytacją, lecz potrzebuje pomocy, by realnie zmniejszać wpływ na środowisko, a nie jedynie przebijać się marketingowo. Krytykuję opóźnienie implementacji przepisów w Polsce — czas ucieka, a konsumenci mają prawo do przejrzystości już teraz. Wreszcie: walka z dezinformacją ekologiczną to także kwestia sprawiedliwości społecznej — prawdziwa transformacja ma chronić klimat i ludzi, a nie pozwalać korporacjom sprzedawać „zielonego” wizerunku zamiast realnych zmian.