Ja to lubię czasem spierać się z Polakami i Ukraińcami, sięgając jak najdalej w ich korzenie. Wielu potem jest zaskoczonych, że dawniej tożsamość i przynależność opierano w dużej mierze na wyznaniu, a w rodzinach mieszanych wiarę dziecka często określała zasada podziału według płci. Synowie przyjmowali wyznanie ojca, a córki wyznanie matki. Stuprocentowy Polak z okolic Lwowa okazuje się więc po latach w połowie Ukraińcem, a ukraiński nacjonalista może mieć pradziadka Polaka. Narodowość w dzisiejszym rozumieniu nie miała kiedyś aż takiego znaczenia jak religia. Dochodziło więc potem do kuriozalnych sytuacji, gdzie rodzina o nazwisku „Fedorczuk” (ze względu na rzymskokatolickie korzenie) była wysiedlana do Polski, a rodzinę np. „Kamińskich” wcielano do kołchozu i zabierano im paszporty, jak przystało na dobrych sowieckich niewolników. Albo jeszcze ciekawiej: jedna połowa rodziny była deportowana do Polski, a druga nie – bo ten drugi odłam, prawosławny lub greckokatolicki po matce, uznano automatycznie za Ukraińców. Podczas powojennych przesiedleń ludności sowieci i urzędnicy opierali się bowiem na deklaracjach narodowościowych i metrykach, co przy wcześniejszych małżeństwach mieszanych całkowicie rozrywało więzy krwi. Rusini i Polacy żyli na tych terenach ponad 1000 lat, ale w 2026 roku nadal mamy spory „ta ziemia jest mojsza niż twojsza”. No kabaret. A wiecie, że pod Mariupolem i Odessą żyli Grecy aż do dziś? Albo że w Galicji były całe niemieckie wsie? :) Głuchoniemcy też tam żyli od średniowiecza a później jeszcze kolejne napływy w XVIII w. I co teraz? Dorzucamy Niemców do sporu o to czyja jest Galicja? A sobie dorzućmy Holendrów i Niemców pod Gdańskiem? #Historia #Tożsamość #Narodowość