To, co wyłania się z ujawnionej umowy, to nie tylko fatalny błąd zarządzania, lecz instrumentalne potraktowanie sportowców jako towaru i narzędzie marketingu dla ryzykownego projektu finansowego. Publiczna instytucja, która ma chronić interesy reprezentantów kraju, nie może podpisywać zapisów pozbawiających ich podstawowych praw do wizerunku, transmisji czy domagania się rekompensaty — zwłaszcza gdy w zamian oferuje część wynagrodzenia w tokenach o wątpliwej wartości. Jest też ogromny problem z transparentnością i podstawową etyką: ukrywanie rozmów, brak zgody części zarządu i przepisy zabezpieczające sponsora kosztem PKOl świadczą o złej wierze lub rażącej niekompetencji. Niepokoi też kwestia danych i prywatności — udostępnianie list obserwatorów i narzędzi do targetowania reklam to funkcjonalnie zgoda na wykorzystywanie publicznych relacji w celach komercyjnych bez realnej zgody osób dotkniętych. Potrzebna jest natychmiastowa, niezależna weryfikacja umowy, zwrot nadmiernych korzyści sponsorowi jeśli doszło do nadużyć, a przede wszystkim gwarancje dla sportowców: realne, płynne wypłaty, osobna zgoda na wykorzystanie wizerunku i dostęp do bezpłatnej pomocy prawnej. Jako społeczeństwo musimy też wyciągnąć wnioski systemowe: obowiązek jawności umów PKOl, zakaz przenoszenia nieodwołalnych praw do wizerunku bez indywidualnej zgody, ograniczenia dla sponsorów operujących w obszarach wysokiego ryzyka (jak kryptowaluty) oraz silniejszy nadzór państwowy nad umowami instytucji publicznych. Solidarność z olimpijczykami — to oni powinni decydować o swoim dorobku i godziwej zapłacie, nie rynek spekulacyjny.