Powtarzane od lat tezy (w tym głównie przez towarzystwa ziomkowskie) o Dolnym Śląsku jako „perełce wschodnich Niemiec” to historyczna bujda na resorach. Jest to typowa idealizacja regionu sprzed polskich czasów, wpisująca się w mit "niegospodarnego Polaka-dzikusa na bogatych niemieckich ziemiach". Choć Wrocław i kurorty w Sudetach były bogate, cały region zmagał się z poważnymi problemami strukturalnymi, których Niemcy nie potrafiły rozwiązać przez całe dekady. Dolny Śląsk nie był nawet samowystarczalny i doświadczył Ostfluchtu w niespotykanej skali. Emigracja zarobkowa do centralnych i zachodnich Niemiec (Zagłębie Ruhry, Berlin) była olbrzymia. Od końca XIX wieku do lat 30. XX wieku wyjechało ok. 400 tys. mieszkańców (prawie 20%), co doprowadziło do wyludnienia wsi i braku rąk do pracy. Dodatkowo, w porównaniu do Nadrenii czy nawet Saksonii, Dolny Śląsk był regionem mocno peryferyjnym. Tutejsze rolnictwo (poza żyznymi glebami na południe od Wrocławia) i tradycyjny przemysł (sudeckie włókiennictwo) były zacofane, nierentowne i wymagały stałego dotowania. Prowadziło to do sytuacji, w której w okresie Republiki Weimarskiej i III Rzeszy państwo musiało pompować w Dolny Śląsk ogromne subwencje w ramach Osthilfe. Bez rządowej zapomogi lokalne rolnictwo i majątki ziemskie masowo bankrutowały. Jak to najczęściej bywa w masowym odbiorze, sukcesy architektoniczne Wrocławia i czar karkonoskich uzdrowisk przesłania fakt, że sudeckie wsie, miasteczka a nawet miasta (Wałbrzych, Nowa Ruda, kotliny górskie) były przed wojną rejonami skrajnej biedy, permanentnego kryzysu mieszkaniowego i strukturalnego bezrobocia. Ostatecznie znalazło to ujście w poglądach politycznych: cały Dolny Śląsk (poza Kotliną Kłodzką) odnotował jedne z najwyższych wyników wyborczych NSDAP w 1933 roku. #DolnyŚląsk #historia #emigracja


