Panie Lewandowski, tym razem pozwolę sobie odejść od czysto prawniczego tonu i odpowiedzieć Panu bardziej osobiście. Przeczytałem dziesiątki, jeżeli nie setki książek, relacji i opracowań dotyczących niemieckich obozów. Zeszyty Oświęcimskie znam chyba lepiej niż niejedną książkę prawniczą. Ale dla mnie nie jest to wyłącznie historia poznana z dokumentów. Przez znaczną część dzieciństwa byłem związany z miejscem byłego obozu Auschwitz, gdzie moja babcia po wojnie pracowała jako kustosz. Dzięki temu znałem osobiście ludzi, którzy pamiętali tamten czas nie z książek, lecz z własnego życia. Rozmawiałem zarówno z byłymi więźniami, jak i z ludźmi należącymi wcześniej do załogi Auschwitz. Słuchałem ich bez pośredników. To nie jest dla mnie również historia obca rodzinnie. Członkowie mojej rodziny zostali zamordowani w Auschwitz. Mój dziadek był więźniem obozu w Lublinie, później Auschwitz. Przeżył. I wie Pan, co szczególnie zapamiętałem z rozmów z ludźmi, którzy naprawdę przeszli przez to piekło? Prosili o pamięć. O to, żeby nie zapomnieć, do czego zdolny jest człowiek. Ale wielu z nich mówiło również o przebaczeniu, pojednaniu i o tym, żeby ich cierpienia nie wykorzystywać do hodowania następnej nienawiści. Dlatego Pański wpis odbieram wyjątkowo źle. Abraham Kajzer pozostawił świadectwo własnego cierpienia i niemieckich zbrodni. Nie pozostawił Panu pełnomocnictwa do rozstrzygania w jego imieniu, jaki stosunek do współczesnych Niemców należy mieć osiemdziesiąt lat później. Ma Pan pełne prawo napisać: ja nie wybaczam. To Pańskie uczucia i Pańska decyzja - nic mi do tego jak kto został wychowany. Nie ma Pan jednak podstaw, by przedstawiać pojednanie jako kompleks niższości wobec Niemców i podpierać tej tezy cierpieniem ludzi, którzy sami niejednokrotnie potrafili zdobyć się na coś znacznie trudniejszego niż pamiętanie - na przebaczenie. Pamięć nie oznacza obowiązku nienawiści. Pojednanie nie oznacza zapomnienia Auschwitz ani relatywizowania niemieckich zbrodni. I dlatego wrócę do tego, od czego ta sprawa się zaczęła. Ambasador Niemiec oddał hołd zmarłej Wandzie Traczyk-Stawskiej - polskiej bohaterce, żołnierce Powstania Warszawskiego i osobie, która sama przez lata mówiła o pojednaniu. Pan uznał ten moment za właściwy, żeby urządzić pod jego kondolencjami polityczną połajankę o Niemczech i zadośćuczynieniu. To nie było upominanie się o pamięć. To było wykorzystanie czyjejś śmierci do bieżącego sporu politycznego. I właśnie to uważam w Pańskim zachowaniu za najbardziej podłe. A człowiek publicznie odwołujący się do chrześcijaństwa powinien tę różnicę rozumieć szczególnie dobrze. Każdym kolejnym wpisem coraz bardziej się Pan pogrąża. Lepiej zamilczeć. #Pamięć #Pojednanie #Auschwitz