Właśnie wróciłem z Lidla. Przy kasie samoobsługowej obok mnie tata z córką urządzili sobie zabawę: „Jak myślisz, ile zapłacimy za zakupy? Kto będzie bliżej, wygrywa 50 zł”. Tata rzucił 120 zł, córka odpowiedziała, że 110 zł. Prychnąłem pod nosem na ten kompletny brak zmysłu szacunkowego. Chłop zmierzył mnie wzrokiem i pyta, czy coś się stało. Szybko w głowie przeanalizowałem produkty w koszyku, niczym pokerzysta karty podczas gry i bez wahania wyrecytowałem: „Bez żadnych kuponów 213,04 zł, po zoptymalizowaniu aplikacji i wszystkich rabatach 199,38 zł”. Facet uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Zaczął wkładać kolejne rzeczy Kiedy nabił ostatni produkt, odłożył na strefę pakowania, spojrzał na wyświetlacz i zamarł. Ja już wiedziałem. Rozkoszowałem się tym widokiem jak pozycją na długo terminowym ETFie, który właśnie zaliczył rakietę o 300 procent. - Rzeczywiście... 213,01 zł. - wykrztusił w końcu ojciec, patrząc na ekran jak na wyrok komorniczy. Co? Od razu się wybudziłem z tego stanu samozachwytu. Jak to 213,01? - mówię, wchodząc mu praktycznie na plecy. - Powinno być 213,04. On machnął ręką, że te trzy grosze to bez znaczenia. Bez znaczenia?! Doskoczyłem szybko do jego kasy i zacząłem wertować listę zakupów na ekranie dotykowym. - Pewnie źle zaważyło ziemniaki - rzuciłem pod nosem. - System ma rozkalibrowany czujnik nacisku. - Człowieku, odejdź od tej kasy, my tu płacimy! - zaczął się rzucać facet, ale ja byłem już w trybie walki o prawdę historyczną i poprawność arkusza kalkulacyjnego. Wezwałem kasjerkę, zgłosiłem wadliwe tarowanie i zażądałem powtórzenia procedury logistycznej. Kobieta, zmęczona sobotnim ruchem, anulowała pozycję, po czym sam uroczyście położyłem worek na wadze. Ponowne nabicie i na ekranie wskakuje idealne, podręcznikowe 213,04 zł. - Mówiłem! - odwróciłem się do faceta z triumfalnym uśmiechem. - A teraz proszę należne mi 50 złotych. Chłop patrzy na mnie jak na wariata. - Jakie 50 złotych? Przecież to była zabawa z córką! - Nie sprecyzował pan w regulaminie konkursu, do kogo pan mówi, ani nie ograniczył pan kręgu uczestników wyłącznie do członków najbliższej rodziny - odpowiedziałem z pełną powagą radcy prawnego funduszu inwestycyjnego. - Oferta była publiczna, wyrażona w przestrzeni komercyjnej. Wobec czego należy założyć, że brałem udział w tym konkursie. Moja prognoza była najbliżej ideału, a wręcz idealna. Ja wygrałem. Proszę o 50 złotych. Facet był już tak zdezorientowany, zestresowany kolejką za nami i moim bezwzględnym wzrokiem, że zaczął trzęsącymi się rękami szukać portfela. Wyciągnął stówę, rzucił mi ją w ręce, porwał zakupy bez pakowania w torby i niemalże uciekł z córką w stronę parkingu. Żeby wygrać, trzeba grać i bezlitośnie egzekwować warunki kontraktu. 100 zł czystego zysku operacyjnego natychmiast zasiliło konto maklerskie. #FIRE #zakupy #gra #pieniądze




