TLDR; polskiego rynku nieruchomości jest mniej więcej taki. W latach 90. zlikwidowano Ministerstwo Mieszkalnictwa, a państwo przestało budować w zasadzie zupełnie. Wszystko przejęła wyrastająca, prywatna deweloperka. W latach 00. rząd Leszka Millera w praktyce zlikwidowało w Polsce planowanie przestrzenne. Wprowadzono system WZ-tek. Pytany dzisiaj o to L. Miller albo się denerwuje albo próbuje żartować "czy te wuzetki to jakieś ciastka?" Opór społeczny jest jednak niewielki, bo drugim torem idzie, ponad 2 dekady MASOWA prywatyzacja zasobu komunalnego, czyli wykup z bonifikatą za drobne. Deweloperka początkowo faktycznie buduje mieszkania do mieszkania, jednak szybko orientuje się, że Polacy traktują mieszkanie jak polcoin, token inwestycyjny. Standard jest coraz gorszy, mieszkania coraz mniejsze, zabudowa coraz bardziej ciasna. Z początkiem lat 20. zasób komunalny jest już w zasadzie wyprzedany w całości. Jednocześnie ludzie co się dorobili kupują coraz więcej dodatkowych mieszkań, "pod najem" czy jako "doskonałą lokatę kapitału". A wchodzące na rynek mieszkaniowy nowe pokolenie musi z nimi konkurować finansowo. Większość z rynku jest zwyczajnie priced-out, część wyprowadza się za miasta, części mieszkania kupują po prostu rodzice. Demografia siada, mieszkania prawie najmniejsze w UE, dostępność najgorsza. Politycy mówią, że deweloperzy to Koło Zamachowe Gospodarki, a skupowanie kwadratów to "inwestowanie". Sumując wszystko, my po prostu szykujemy ten kraj dla kogoś kto będzie tu mieszkał po nas. #Nieruchomości #Polska #Deweloperka