BETA nonprofit public democratic european moderated

Search

#InstytutPrawdy

Patryk Jaki – czas rozliczeń. Waldemar Żurek, złożył dziś do przewodniczącej Parlamentu Europejskiego formalny wniosek o wyrażenie zgody na pociągnięcie Patryka Jakiego do odpowiedzialności karnej, a także na jego zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie. To konkretny akt oskarżenia wobec człowieka, który w czasach rządów PiS piastował stanowisko wiceministra sprawiedliwości i sprawował bezpośredni nadzór nad Służbą Więzienną. Według ustaleń śledczych, Patryk Jaki dopuścił się przekroczenia uprawnień oraz niedopełnienia obowiązków. Jako osoba odpowiedzialna za funkcjonowanie polskiego systemu penitencjarnego miał nie tylko pilnować prawa, ale przede wszystkim chronić podstawowe standardy humanitarne i konstytucyjne. Zamiast tego, jak wynika z wniosku, dopuścił do sytuacji, w których władza ministerialna została użyta w sposób sprzeczny z prawem. Chodzi o instytucję, która powinna gwarantować realizację kary w sposób zgodny z godnością człowieka, a nie stawać się narzędziem politycznej zemsty czy niekompetencji. Gdy wiceminister Jaki nadzorował Służbę Więzienną, dochodziło do działań, które śledczy kwalifikują jako rażące nadużycie stanowiska. Dziś te zaniedbania i przekroczenia wracają do niego ze zdwojoną siłą – w formie wniosku o zgodę na aresztowanie. Patryk Jaki budował swoją karierę na wizerunku „twardego człowieka prawa”, który walczy z „układem” i „kastą”. Okazuje się jednak, że gdy sam miał realną władzę, nie stronił od metod, które dziś kwalifikowane są jako przestępstwo. Przekroczenie uprawnień przez wysokiego urzędnika państwowego to zdrada zaufania publicznego. Niedopełnienie obowiązków wobec podległej służby to nie „drobna niedoskonałość zarządzania”, lecz narażenie na szkodę zarówno funkcjonariuszy, jak i osób pozbawionych wolności. Żądanie zatrzymania i przymusowego doprowadzenia Patryka Jakiego przez Parlament Europejski pokazuje skalę sprawy. Nie chodzi już o polityczne przepychanki w Polsce, sprawa trafiła na poziom unijny, co oznacza, że zarzuty są na tyle poważne, iż polskie władze sądowe uznały, że immunitet europejski nie może chronić przed rozliczeniem. Patryk Jaki, który tak chętnie pozował na obrońcę „sprawiedliwości”, będzie musiał teraz stanąć przed sądem i wytłumaczyć swoje decyzje z czasów, gdy był wiceministrem. Polskie społeczeństwo ma prawo wiedzieć, dlaczego człowiek odpowiedzialny za Służbę Więzienną dopuścił do stanu, który śledczy uznali za karalny. To rozliczenie władzy, która zbyt długo czuła się bezkarna. Patryk Jaki, kiedyś symbol „dobrej zmiany” w resorcie sprawiedliwości, dziś staje się symbolem jej najgorszych praktyk, czyli arogancji, poczucia bezkarności, pychy, przekraczania kompetencji i lekceważenia prawa. Tym razem immunitet może nie wystarczyć. AutorL @Romek_Cr #InstytutPrawdy #Polska #Prawo #ParlamentEuropejski

Głupota czy zdrada? Karol Nawrocki i cała formacja PiS osiągnęli w ostatnich dniach poziom hipokryzji, który wręcz zapiera dech w piersiach. Z jednej strony przez lata bili się w piersi jako największe wsparcie „bohaterskiej Ukrainy” w walce z rosyjskim najeźdźcą. Z drugiej, gdy tylko prezydent Wołodymyr Zełenski podjął decyzję o nadaniu ukraińskiej jednostce imienia „Bohaterów UPA”, Nawrocki natychmiast rzuca się do ataku i żąda odebrania mu Orderu Orła Białego. To nie jest poważna polityka zagraniczna. To jest teatr cynizmu i politycznego populizmu w najgorszym wydaniu. Przez lata PiS budował narrację: „jesteśmy tarczą Europy”, „dajemy miliardy na pomoc Ukrainie”, „Zelenski to nasz brat w walce z Putinem”. Kaczyński leciał do Kijowa w pierwszych dniach inwazji, posłowie PiS robili sobie selfie z ukraińską flagą, a propaganda partyjna lała łzy nad „bohaterskim narodem ukraińskim”. Dziś ten sam Zelenski, prezydent kraju, który krwawi w obronie całej wschodniej flanki NATO, staje się dla Nawrockiego nagle „gloryfikatorem bandytów”, a Order Orła Białego ma mu zostać odebrany za decyzję wewnętrzną Ukrainy w czasie totalnej wojny. To klasyczna hipokryzja PiS-u, wsparcie dla Ukrainy tak długo, jak długo Kijów spełnia polskie oczekiwania historyczne na warunkach Warszawy. Gdy tylko Zełenski przypomina, że Ukraina ma własną pamięć i własny kontekst walki narodowej, zwłaszcza w obliczu egzystencjalnego zagrożenia ze strony Rosji, natychmiast słyszymy wrzask o „policzku wymierzonym Polsce”, „dostarczaniu tlenu rosyjskiej propagandzie” i „braku gotowości do Europy”. Prawda jest brutalna. PiS i Nawrocki traktują Ukrainę instrumentalnie. Dopóki można było na wojnie zbijać polityczny kapitał w kraju, byliśmy „pierwszymi przyjaciółmi”. Gdy trzeba zmierzyć się z trudną historią (Wołyń, UPA, Bandera) bez szantażu i ultimatum, wychodzi prawdziwa twarz. Zamiast dyplomacji i budowania strategicznego sojuszu w obliczu wspólnego wroga, mamy publiczną egzekucję symbolu: odebranie orderu prezydentowi walczącego kraju. Nawrocki, który jeszcze niedawno domagał się „symetrii” i „wdzięczności” od Zełenskiego, dziś zachowuje się jak obrażony protektor, który grozi karą za nieposłuszeństwo. To nie jest postawa męża stanu. To postawa człowieka, dla którego ważniejsza jest wewnętrzna gra polityczna i mobilizacja elektoratu antyukraińskiego niż realne interesy bezpieczeństwa Polski. Bo realny interes jest prosty, Ukraina musi wygrać z Rosją. Wszystko inne, w tym trudne rozliczenie historyczne musi poczekać na czas pokoju. Inaczej pomagamy Putinowi. Hipokryzja PiS i Karola Nawrockiego jest tym bardziej obrzydliwa, że dzieje się w momencie, gdy ukraińscy żołnierze giną codziennie, broniąc także polskiej granicy. Zamiast wzmacniać sojusz, PiS go rozbija dla oklasków własnej bańki. Zamiast budować przyszłość, rozdrapuje stare rany w czasie, gdy trzeba walczyć o przetrwanie. Prezydencie Nawrocki, PiS-ie, wasza retoryka „bohaterskiej Ukrainy” okazała się pustym frazesem. Gdy przychodzi co do czego, wychodzi z was typowy polski nacjonalizm zakamuflowany patriotyczną frazą. Zełenski może nie być święty, ale w tej wojnie jest przywódcą heroicznego oporu. Wy jesteście tylko hipokrytami, którzy chcą na tym sporze zarobić politycznie, i to za wszelką cenę. Nawet kosztem bezpieczeństwa Polski. Autor: @BeataKSU #InstytutPrawdy #Ukraina #Polska #Polityka

Rok Nawrockiego. 6 sierpnia 2025 roku wielu obserwatorów, zwłaszcza tych z obozu PiS, świętowało „powrót suwerenności” i „zwycięstwo nad Tuskiem”. Dziś, w maju 2026 roku, bilans jest druzgocący. Prezydentura Nawrockiego to nie tylko pasmo porażek, ale systematyczny demontaż autorytetu urzędu, pogłębienie podziałów społecznych i międzynarodowe ośmieszenie Polski. Historyk, alfons,, promowany jako „obrońca narodu”, okazał się politycznym dyletantem, którego styl rządzenia przypomina bardziej uliczne bijatyki niż państwową służbę. Konfrontacja zamiast współpracy – paraliż państwa. Od pierwszych dni Nawrocki obrał kurs totalnej wojny z rządem Donalda Tuska. Weta ustaw, blokowanie nominacji, publiczne spięcia – wszystko to w imię „obrony Polaków”. Efekt? Paraliż kluczowych reform, opóźnienia w wykorzystaniu funduszy europejskich i wizerunek Polski jako kraju wewnętrznie skłóconego. Zamiast być spoiwem narodu, prezydent stał się głównym źródłem chaosu. Jego obsesyjne próby zablokowania unijnej polityki klimatycznej poprzez referendum to kwintesencja niekompetencji. Pierwsze pytanie referendalne zostało odrzucone przez Senat jako tendencyjne i manipulacyjne. Zamiast uznać błąd, Nawrocki zapowiedział drugi wniosek – jakby Polacy nie mieli ważniejszych problemów niż jego osobista krucjata przeciw „Zielonemu Ładowi”. W czasach kryzysu energetycznego i transformacji gospodarki taki populizm tylko pogłębia niepewność inwestorów i osłabia pozycję Polski w Europie Awantura z Ukrainą – dyplomatyczna klęska Największą hańbą ostatniego roku jest eskalacja sporu z Ukrainą. Propozycja odebrania Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego z powodu nazwania ukraińskiej jednostki imieniem „Bohaterów UPA” to nie obrona polskiej pamięci historycznej, lecz tania, szkodliwa polityka. W czasie, gdy Ukraina walczy o przetrwanie przed rosyjską agresją, polski prezydent wybiera moment na historyczne rozliczenia w sposób najbardziej konfrontacyjny. Efekt? Ostre reakcje ze strony Ukrainy, krytyka Tuska i osłabienie międzynarodowego wsparcia dla Polski. Zamiast budować sojusz, Nawrocki gra pod elektorat radykalnej prawicy, ryzykując izolację Polski na arenie międzynarodowej. To nie jest patriotyzm – to nieodpowiedzialność. Kontrowersje, skandale i brak klasy Prezydentura Nawrockiego od początku naznaczona jest skandalami z przeszłości: powiązania z półświatkiem bokserkim, kontrowersyjne transakcje mieszkaniowe, pseudonim literacki, pod którym sam siebie chwalił. Zamiast transparentności – uniki i ataki na media. Incydent z dziennikarzem TVN24, gdzie prezydent zszedł z mównicy, by wrócić i ostro zaatakować reportera, pokazał brak elementarnej kultury i dyplomatycznego wyczucia Sondaże pokazują spadające poparcie. Nawet część prawicy zaczyna dostrzegać, że „nowy prezydent” to nie lider, lecz źródło kolejnych kryzysów wizerunkowych Rok stracony Rok prezydentury Karola Nawrockiego to rok zmarnowanych szans. Zamiast jednoczyć Polaków wokół kluczowych wyzwań – bezpieczeństwa, gospodarki, przyszłości – prezydent pogłębił rowy podziałów. Zamiast wzmacniać pozycję Polski w Europie i na świecie – izoluje nas awanturami i populistycznymi gestami. Historia oceni surowo ten okres. Karol Nawrocki wszedł do Pałacu Prezydenckiego jako obiecujący „obrońca tradycji”. Wyszedł na człowieka, który pokazał, że urząd prezydenta w jego rękach stał się narzędziem osobistych resentymentów i politycznej zemsty. Polski naród zasługuje na więcej. Rok 2025/2026 pokazał, że z Nawrockim na czele – dostaliśmy mniej niż zero. Czas na refleksję – zanim będzie #InstytutPrawdy #Polska #prezydent #polityka

Skończyły się czasy, gdy jedno kiwnięcie palcem Kaczyńskiego wystarczyło, by cała prawica padała na kolana. Dzisiaj nawet jego własny „prezydencki wybraniec” może mu pokazać dupę, i robi to publicznie, bez strachu. Rok po domniemanym zwycięstwie Nawrockiego w wyborach prezydenckich mamy jasny sygnał, że era absolutnej władzy @OficjalnyJK dobiegła końca. Nawrocki właśnie zignorował veto Kaczyńskiego w sprawie obsady kluczowego stanowiska, I Prezesa Sądu Najwyższego. Zamiast posłusznie odrzucić kandydaturę Kapińskiego, tego od orzeczenia w sprawie Wałęsy, Nawrocki go powołał i olał prezesika. To jest symboliczna egzekucja resztek autorytetu łapówkarza z Żoliborza. Jeszcze niedawno słowo „Kaczyński” na Nowogrodzkiej ważyło więcej niż prawo, konstytucja i jakakolwiek sprawiedliwość. Dzisiaj to już przebrzmiała legenda. Najpierw Mateusz Morawiecki wypowiedział mu posłuszeństwo. Potem dołączyli inni – marginalizowany Andrzej Duda i odchodząca Małgorzata Manowska. Razem przeforsowali swojego człowieka na najważniejsze stanowisko w sądownictwie, mimo wyraźnego oporu Kaczyńskiego. Prezes chciał blokować Kapińskiego, bo ten ośmielił się kiedyś uznać, że Wałęsa nie był „Bolkiem”. A udowadnianie, że Wałęsa to agent, to przecież dogmat i sens życia Jarosława. To jest początek detronizacji. Kiedy nawet „swój” prezydent i były premier otwarcie idą pod prąd, oznacza to jedno. Skłócony obóz złodziei z pis przestał być monolitem Kaczyńskiego. Powstała wewnątrz partii grupa na tyle silna i wpływowa, że może realizować swoją agendę mając w dupie zdanie prezesa. Resztki lojalności topnieją w oczach. Partia, która jeszcze niedawno drżała na każde skinienie prezesa, teraz patrzy, jak on przegrywa kolejne bitwy, nawet te o symbole, które sam uznał za najważniejsze. Jarosław Kaczyński stał się politycznym emerytem we własnym obozie. Ma tytuł, gabinet i wspomnienia o dawnej potędze, ale realnej władzy już nie. Jego kaprys nie waży więcej niż interesy Czarnka, Morawieckiego, Ziobry i Batyra. Jego życzenia i kaprysy są ignorowane a jego obsesje traktowane jak uciążliwe wycie. To jest koniec. Koniec człowieka, który przez lata decydował o losach prawicy jednym telefonem. Koniec systemu, w którym jedna osoba stała ponad prawem, ponad partią i ponad rzeczywistością. Teraz rzeczywistość odpłaca mu pięknym za nadobne – totalną bezradnością. #InstytutPrawdy #Polska #Polityka #Kaczyński

Prokuratura Krajowa złożyła do Sądu Najwyższego wniosek o uchylenie immunitetu sędziemu Maciejowi Nawackiemu, członkowi KRS. Śledczy chcą postawić mu zarzuty w związku z dwukrotnym kierowaniem gróźb bezprawnych wobec funkcjonariuszy publicznych. Jak poinformował rzecznik Prokuratury Krajowej Przemysław Nowak, zebrany materiał dowodowy – zeznania pokrzywdzonych, świadków, notatki urzędowe, dokumentacja procesowa oraz nagrania – „dostatecznie uzasadnia podejrzenie popełnienia przez Macieja N. dwóch czynów zabronionych”. Pierwszy zarzut dotyczy wydarzeń z 22 listopada 2023 r. w siedzibie Krajowej Rady Sądownictwa. Podczas burzliwego posiedzenia, na którym neoKRS pozytywnie opiniowała Kamila Zaradkiewicza na szefa KSSiP, sędzia Nawacki miał skierować wobec ówczesnej posłanki KO i członkini KRS Kamili Gasiuk-Pihowicz groźbę bezprawną. Według posłanki Nawacki wielokrotnie powtarzał, że „wciśnie jej uchwałę w gardło”. Gasiuk-Pihowicz mówiła później: „Biorąc pod uwagę jego zdenerwowanie, krzyki i groźby, wzbudziło to we mnie uczucie lęku”. Wezwała wówczas policję. Nawacki nazwał jej oskarżenia „haniebnymi pomówieniami” i „absurdem”, zarzucając jej wcześniej publiczne atakowanie go wpisami na X. Zapowiedział, że jeśli posłanka będzie kontynuowała „pomówienia”, wystąpi o ochronę swojej godności. Drugi zarzut dotyczy 1 października 2025 r. i wydarzeń w Sądzie Najwyższym. Podczas posiedzenia Izby Odpowiedzialności Zawodowej w sprawie immunitetu sędziego Jakuba Iwańca (tzw. afera hejterska), w której Maciej Nawacki występował jako obrońca, miał skierować groźby bezprawne wobec dwóch prokuratorów oskarżycieli publicznych, aby zmusić ich do zaniechania czynności służbowych. Prokuratura podkreśla, że do zakończenia śledztwa niezbędne jest formalne przedstawienie zarzutów Nawackiemu i przesłuchanie go w charakterze podejrzanego. Maciej Nawacki jest sędzią Sądu Rejonowego w Olsztynie i zasiadał w KRS w latach 2018–2026. Aby postawić mu zarzuty, Prokuratura musi uzyskać zgodę sądu dyscyplinarnego. Zgodnie z przepisami sąd ma na to 14 dni. #InstytutPrawdy #Immunitet #Prawo #Sąd

Kancelaria kłamców Kancelaria Prezydenta od kilku dni próbuje wmówić Polakom, że została „zaskoczona” treścią polsko-brytyjskiego Traktatu i że MSZ rzekomo nie informowało Pałacu o przebiegu negocjacji. To jawne kłamstwo, które ma jeden cel: ukryć albo nieudolność, albo cyniczną grę polityczną Andrzeja Dudy i jego najbliższego otoczenia. Ministerstwo Spraw Zagranicznych właśnie obnażyło tę fikcję. Od samego początku procesu negocjacyjnego MSZ regularnie informowało Kancelarię Prezydenta o stanie rozmów i planowanej treści dokumentu. Odpowiadano na każdą prośbę o dodatkowe dane. To nie są puste deklaracje - są konkretne fakty i daty. Jeszcze przed styczniową wizytą prezydenta Dudy w Londynie MSZ przygotowało i przekazało do KPRP specjalną, pogłębioną informację na temat Traktatu oraz całego przebiegu negocjacji. W marcu, na wyraźną prośbę Kancelarii, odbyło się spotkanie robocze na poziomie ekspertów, podczas którego przedstawiciele Pałacu zostali „szczegółowo poinformowani” o treści, celach i przebiegu prac nad Traktatem. We wtorek, w dniu decyzji Rady Ministrów, tekst Traktatu trafił do KPRP niemal równocześnie – po miesiącach wcześniejszych spotkań i wyjaśnień. Po tym wszystkim ktoś w Kancelarii ma czelność udawać, że „nic nie wiedział” i że został postawiony przed faktem dokonanym? Pytanie brzmi więc bardzo prosto: kto kłamie? Bo albo Marcin Przydacz i cała Kancelaria Prezydenta przez wiele miesięcy udawali, że nie czytają dokumentów, nie uczestniczą w spotkaniach i nie słuchają ekspertów MSZ – co świadczyłoby o zdumiewającej nieudolności i oderwaniu od rzeczywistości. Albo – co bardziej prawdopodobne – celowo budują narrację ofiary, żeby uderzyć w rząd i premiera Tuska, nawet kosztem polskiej racji stanu i wizerunku Polski za granicą. To nie pierwszy raz, gdy Kancelaria Prezydenta gra w ten sposób. Za każdym razem, gdy pojawia się ważna sprawa międzynarodowa, w Pałacu nagle włącza się tryb „my nic nie wiedzieliśmy, nas nikt nie pytał”. A potem wychodzą kolejne notatki, maile i protokoły spotkań, które dowodzą czegoś dokładnie przeciwnego. Tym razem też wyszło. Dlatego pytanie „Kto kłamie, i dlaczego Przydacz?” nie jest retoryczne. To pytanie o podstawową wiarygodność instytucji, która powinna stać na straży polskiej racji stanu, a nie na straży partyjnej wojny z rządem. Jeśli Kancelaria Prezydenta przez miesiące dostawała pełne informacje, a teraz udaje zaskoczoną – to nie jest błąd. To świadome wprowadzanie opinii publicznej w błąd. Czas, żeby Polacy poznali prawdę. Nie wersję Pałacu. Tylko fakty. A fakty są miażdżące dla Przydacza i jego przełożonych #InstytutPrawdy #Polska #Kłamstwo #Polityka

Bogucki, arcymistrz przetrwania. Jakże malowniczo musi wyglądać świat z okien Pałacu Prezydenckiego. Szczególnie dla Zbigniewa Boguckiego, człowieka, który udowodnił, że w polskiej polityce nie istnieją wpadki, istnieją jedynie „kreatywne etapy awansu”. Zacznijmy chronologicznie. Najpierw młody, ambitny prawnik, który dzięki rodzinnym koneksjom i układom ląduje na stanowiskach, o których inni mogą co najwyżej pomarzyć. Potem wojewoda. Człowiek, który w szczycie pandemii uznał, że najskuteczniejszą bronią przeciwko wirusowi są… tysiące kubków, misiów, powerbanków i gadżetów z własnymi inicjałami „Z.B.”. Kosztem stu kilkudziesięciu tysięcy złotych z funduszu antycovidowego. Prokuratura badała, media huczały, a on awansował. Następnie przyszedł czas Strajku Kobiet. Zamiast dyskretnie siedzieć w gabinecie, pan Bogucki ruszył na ulicę, prowokować, pouczać, nazywać manifestujące kobiety „dnem”. Policja interweniowała. Skandal gotowy. W efekcie kolejny szczebel w górę. Potem afera wizowa. Tysiące zezwoleń na pracę dla cudzoziemców przy wielkiej inwestycji, konflikt interesów tak ewidentny, że nawet własna partia musiała go wykluczyć z komisji śledczej. Logika podpowiadałaby: to już koniec. Ale nie w tym systemie. I proszę bardzo, oto finał aktu. Człowiek obarczony bagażem gadżetowych przekrętów, rodzinnych układów, kontrowersyjnych incydentów i podejrzeń o wykorzystywanie stanowiska żony-prokurator, ląduje na jednym z najważniejszych stanowisk w Pałacu Prezydenckim jako szef Kancelarii Prezydenta. Jak to możliwe? Oto kwintesencja groteskowego mechanizmu polskiej polityki: im wyższy poziom kompromitacji, tym pewniejszy i wyższy awans. Im więcej afer, im głośniejsze wpadki, im bardziej oczywiste traktowanie państwa jak prywatnego folwarku, tym lepiej. Bo liczy się nie kompetencja, lecz lojalność. Nie rzetelność, lecz układy. Nie przyzwoitość, lecz umiejętność przetrwania za wszelką cenę, nawet jeśli ta cena to publiczna kompromitacja. Zbigniew Bogucki stał się żywym dowodem, że w dzisiejszej Polsce nie trzeba być ani szczególnie mądrym, ani szczególnie uczciwym. Wystarczy być wystarczająco lojalnym i mieć odpowiednią sieć powiązań. Resztę załatwi system, który z nieudaczników w odwrocie czyni bohaterów najwyższych salonów. Brawo, Panie Bogucki. Naprawdę – brawo. W tym polskim teatrze absurdu zdobył pan główną rolę. Autor : @EwaBrzozowska #InstytutPrawdy #Polska #Polityka #Kompromitacja

Typ o wyglądzie żylaka odbytu, Michał Wójcik, wywodzący się z najbardziej skompromitowanej złodziejstwem partii Suwerenna Polska, zaatakował rząd Donalda Tuska interpelacją o premie i nagrody dla ministrów. Chciał wywołać oburzenie hasłem o „korycie” i liczył na internetowy viral. Interpelacja okazała się wyjątkową "samojebką", a odpowiedź na nią, była nie orką ale orkanem: „W naszym rządzie nagród nie ma! Ostanie nagrody były w 2017 roku. Pan w 2017 roku w rządzie Szydło przyjął 40 800 zł nagrody” Wójcik, znany z kompromitującego zaskarżenia o niekonstytucyjność do TK, własnej, przez lata obowiązującej ustawy, tym razem chciał postawić Tuska pod ścianą, a skończył kompromitując rząd Szydło, siebie samego i resztę pis-owskich złodziei. Klasyczny przypadek typu „sam się zaorał” - interpelacja zamiast aktu oskarżenia stała się publiczną lekcją głupoty i hipokryzji. #InstytutPrawdy #Polska #Polityka #Wybory

Krypto, pieniądze i polityka – dlaczego prawica stanęła murem za Zondą. Historia zaczyna się od niemal religijnego uniesienia. Kryptowaluty miały być ostatecznym symbolem wolności, cyfrową arką przymierza, dzięki której zwykły człowiek ucieknie przed opresyjnym państwem, podatkowym żarłokiem i banksterami. Ta narracja szczególnie mocno rozgrzała środowiska prawicy, Konfederacji oraz suwerennościowe skrzydło PiS. Wolność finansowa, innowacyjność i cyfrowa suwerenność stały się nową litanią, naturalnym przedłużeniem patriotyzmu gospodarczego. Narodowy husarz nie musiał już dosiadać konia, wystarczyło, że kopał bitcoiny. Chronologicznie rzecz biorąc, ZondaCrypto (dawniej BitBay) wjechała w ten krajobraz z prawdziwie ułańską fantazją. Firma hojnie pompowała miliony w reklamy, sponsoring sportowy i medialne wydarzenia. Szeroki strumień krypto-kapitału popłynął m. in. do Telewizji Republika, stając się jednym z filarów jej budżetu. Prezes Przemysław Kral z namaszczeniem gościł w programach stacji, gdzie każdą próbę wprowadzenia nadzoru nad rynkiem przedstawiano jako biurokratyczny „kaganiec” i zamach na świętą wolność gospodarczą. Gdy rząd Donalda Tuska przygotował ustawę o nadzorze KNF (w ramach MiCA), na barykadzie stanął Pałac Prezydencki. Prezydent Karol Nawrocki dwukrotnie, w grudniu 2025 i lutym 2026, zawetował przepisy, broniąc „polskich innowacji” i wolności. W tym samym czasie krypto-sponsorzy chętnie finansowali prawicowe konferencje, a politycy chętnie pozowali do zdjęć przy logotypach branży. Gdy jednak wiosną 2026 roku raj zamienił się w pogorzelisko, a Prokuratura Regionalna w Katowicach wszczęła śledztwo w sprawie oszustw i prania pieniędzy, narracja prawicy przeszła w tryb „oblężonej twierdzy”. Prezydent Nawrocki oświadczył, że „weta nie żałuje ani przez sekundę”, winą obarczając rząd. W mediach powiązanych z branżą dramat tysięcy poszkodowanych klientów zaczął być skutecznie rozmywany w politycznym ping-pongu. Dlaczego taka determinacja w obronie? Po pierwsze - pieniądze. Wielomilionowe sponsoringi stworzyły realną zależność. Po drugie - ideologia. Głęboka nieufność wobec państwa-regulatora uczyniła z krypto sprawę niemal świętą. Po trzecie - polityczna kalkulacja: gest w stronę wolnościowego elektoratu Konfederacji. Dla zwykłego obywatela ta historia jest jednak gorzką lekcją. Gdy ogromne pieniądze działające poza realnym nadzorem spotykają się z polityką, nawet najpiękniejsze hasła o wolności mogą stać się wygodnym parawanem dla interesów. Zwykły Kowalski, patrzący dziś na zablokowane oszczędności, ma prawo zapytać: czy broniono idei, czy jednak konkretnego sponsora? Prawda kryje się nie w płomiennych tyradach, lecz w faktach rejestrowych, przepływach pieniędzy i pustych portfelach. Wymaga ona chłodnego spojrzenia, nawet jeśli jest ono bolesne dla krypto-patriotów. Autor: @EwaBrzozowska #InstytutPrawdy #Kryptowaluty #Polityka #Wolność