BETA nonprofit public democratic european moderated

Search

#InstytutPrawdy

Szpital VIP dla PiS - jawna hipokryzja. Skandal w Lubartowie obnażył wszystko, co najgorsze w mentalności PiS. 82-letni Władysław, człowiek po dwóch udarach, leżący, w stanie ciężkim, z krwawieniem, trafia na SOR. Odprawiają go z kwitkiem, twierdząc, że „to nie nasz pacjent”. Rodzina walczy, ratownik medyczna, prosi dyrektorkę o odmowę na piśmie, żeby chociaż przewieźć go do innego szpitala. Kilka godzin później mężczyzna umiera w Parczewie. Szpital w Lubartowie to ten sam szpital, w którym kilka dni wcześniej przyjęto i zoperowano radnego PiS, choć oddział chirurgiczny był formalnie zawieszony. Ta sama dyrektorka wtedy solennie zapewniała: „Każdy pacjent w stanie nagłym dostanie pomoc”. Okazuje się, że „każdy” w języku PiS oznacza „pis-wiec”. Rodzina pyta wprost, w czym pan Władysław był gorszy od polityka PiS? Klasyczna pisowska hipokryzja. Przez lata PiS krzyczał o „równości”, „godności” i „ochronie zwykłych ludzi”, a w praktyce stworzył system, w którym publiczny szpital finansowany z pieniędzy wszystkich podatników działa jak prywatna klinika dla swoich. Starostwo rządzone przez PiS, szpital publiczny, a zwykły człowiek umiera pod drzwiami, bo akurat „trwała inna operacja” – dla radnego z legitymacją. To jest dokładnie ta mentalność „my – lepszy sort, wy – reszta”, której PiS nigdy nie potrafił się wyzbyć, choć tyle razy publicznie ją potępiał u przeciwników. Jak długo jeszcze mamy udawać, że w Polsce życie zwykłego obywatela jest warte tyle samo co legitymacja partyjna PiS? #InstytutPrawdy #Polska #Zdrowie #Hipokryzja

Polityk kupiony za kryptowaluty Przemysław Wipler, poseł Konfederacji, od lat kreuje się na wielkiego obrońcę wolności w świecie kryptowalut. Mówi o „najgorszej ustawie w UE”, chwali weta prezydenta i grzmi, że rząd chce zniszczyć branżę. Tymczasem twarde fakty pokazują coś znacznie gorszego. Polityk, którego fundacja i powiązana firma inkasowały setki tysięcy euro od upadłej giełdy Zondacrypto – tej samej, która oszukała Polaków na ponad 350 milionów złotych. W lipcu 2025 roku Wipler wraz ze swoim wieloletnim wspólnikiem Michałem Krzymowskim poleciał do Monako na prywatne spotkanie z prezesem Zondy, Przemysławem Kralem. Pięć dni później poseł wszedł na mównicę sejmową i w ostrych słowach zaatakował rząd za „nielegalne i bezprawne” blokowanie logowania do Zondy przez mObywatel. Dokładnie w tym momencie ruszyła maszynka do robienia pieniędzy. Od końca lipca 2025 do marca 2026 na konto Fundacji „Dobry Rząd” (której prezesem jest Wipler) wpłynęło 70 tysięcy euro – siedem przelewów po 10 tysięcy. Kolejne 90 tysięcy euro trafiło do firmy Fiverand Krzymowskiego za „usługi PR”. Razem 160 tysięcy euro. Pieniądze zaczęły spływać kilka dni po wizycie w Monako i wystąpieniu w Sejmie. Kral przesyłał Wiplerowi uwagi do projektu ustawy o kryptoaktywach przez komunikator. Poseł później czyścił historię czatu – ale nie do końca skutecznie. To nie jest „długoletnia, konsekwentna postawa wolnorynkowa”. To klasyczny schemat: wizyta u szefa podejrzanej giełdy, natychmiastowa obrona jej interesów w parlamencie, a potem regularne przelewy na powiązane podmioty. Zondacrypto, dawna BitBay, nie była zwykłą firmą. To podmiot, którego prezes uciekł do Monako, a potem zniknął, a klienci do dziś nie mogą odzyskać środków. Prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie oszustwa i prania pieniędzy. Premier Tusk publicznie wskazywał na powiązania fundacji Wiplera z Kralem w kontekście sporu o ustawę. Wipler broni się, że „osobiście nie przyjął żadnych pieniędzy” i że pracuje w fundacji pro publico bono. To żałosna gra słów. Fundacja i firma Krzymowskiego, pod tym samym adresem, z tym samym kręgosłupem personalnym, brały pieniądze od oszustów, a poseł w tym samym czasie bronił ich w Sejmie i otrzymywał od nich materiały do ustawy. To nie jest lobbing. To jest kupno polityka. Polacy stracili setki milionów na Zondzie. A Wipler i jego otoczenie inkasowali euro za euro, jednocześnie udając strażników wolności kryptowalut. To nie jest obrona rynku. To jest obrona konkretnego oszusta, który płacił. Czas skończyć z tą hipokryzją. Albo Wipler i jego fundacja natychmiast oddadzą te pieniądze poszkodowanym, albo Prokuratura Generalna i służby powinny dokładnie sprawdzić, za co dokładnie poseł Konfederacji był tak hojnie wynagradzany przez ludzi, którzy okradli Polaków. Bo „polityk kupiony za kryptowaluty” to nie jest już insynuacja. To jest opis faktów. #InstytutPrawdy #Kryptowaluty #Polityka #Korupcja

Jak Artur Chodziński pracował dla Przemysława Krala prezesa giełdy Zondakrypto. Według wspólnego śledztwa Onetu i TVN24, Artur Chodziński – jeden z najbardziej wpływowych funkcjonariuszy CBA z czasów rządów PiS – potajemnie pracował dla Przemysława Krala, prezesa i twórcy giełdy kryptowalut Zondacrypto. Sprawa wyszła na jaw w kontekście konfliktu wewnątrz fundacji Frontline, którą Chodziński współzałożył z byłymi szefami służb specjalnych. Chodziński, były agent CBA, który dołączył do biura w 2006 roku prosto z mediów, szybko stał się zaufanym człowiekiem Mariusza Kamińskiego. Pracował m. in. przy słynnej „aferze podsłuchowej”. W 2015 roku został zwolniony przez ówczesnego szefa CBA Pawła Wojtunika za przeciek informacji do dziennikarzy przychylnych PiS. Po powrocie władzy PiS wrócił do służby i prowadził głośne sprawy, w tym śledztwo w sprawie prania pieniędzy w Polnordzie czy działania przeciwko Romanowi Giertychowi. Po odejściu ze służby Chodziński pozostał wpływową postacią na prawicy. Miał dostęp do Pałacu Prezydenckiego, współtworzył media prawicowe i pod koniec 2024 roku założył wraz z gen. Maciejem Materką (byłym szefem SKW) i Norbertem Lobą (byłym wiceszefem ABW) fundację Frontline Foundation. Jej celem miało być wspieranie byłych funkcjonariuszy służb w przejściu do sektora cywilnego oraz budowanie sieci wpływów na wypadek powrotu prawicy do władzy. Potajemna współpraca z Kralem Według ustaleń dziennikarzy, na początku 2026 roku Chodziński przez kilka miesięcy wykonywał pracę na rzecz Przemysława Krala, prezesa Zondacrypto. Nie chodziło o sprawy związane bezpośrednio z giełdą czy kryptowalutami, lecz o analizę prywatnych spraw cywilnych i karnych Krala. Za tę pracę miał otrzymywać ogromne kwoty oraz obietnicę pomocy w leczeniu członka rodziny w klinice we Francji. Dowodem na współpracę jest korespondencja Chodzińskiego z czerwca 2026 roku, do której dotarli dziennikarze Onetu i TVN24. W wiadomości napisał wprost: „Jest tak: przez kilka miesięcy pracowałem dla Krala. Nie dla Zonda i nie w sprawie kryptowalut”. Odbiorca korespondencji, emerytowany oficer służb, potwierdził autentyczność tej wiadomości. Konflikt w fundacji Frontline Sprawa współpracy z Kralem wywołała poważny konflikt wewnątrz fundacji Frontline. Współzałożyciele, Materka i Loba, mieli obawiać się ryzyka reputacyjnego, zwłaszcza w kontekście afery wokół Zondacrypto. Giełda w kwietniu 2026 roku przestała wypłacać środki klientom. Szacowane straty wynoszą co najmniej 350 milionów złotych, a prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie oszustwa i prania brudnych pieniędzy. Kral ukrywa się za granicą. Chodziński złożył rezygnację z funkcji w radzie fundacji z końcem kwietnia 2026 roku. W korespondencji miał ostro krytykować kolegów, nazywając m. in. Norberta Lobę „zakompleksionym tchórzem”, który „ukradł fundację”. Gen. Materka w SMS-ie do mediów potwierdził, że decyzja Chodzińskiego o odejściu wynikała z informacji o jego współpracy z Kralem. Zaprzeczenia i podwójne standardy Zapytany przez dziennikarzy Onetu i TVN24 o sprawę, Chodziński odmówił rozmowy i przekazał, że nigdy nie pracował dla Przemysława Krala. Jako powód odejścia z fundacji podał chęć zarabiania na działalności fundacyjnej, czego nie przewiduje statut. Tymczasem prywatna korespondencja pokazuje coś zupełnie innego. Były funkcjonariusz antykorupcyjny, który przez lata ścigał afery i układy, sam miał przez kilka miesięcy pobierać wysokie wynagrodzenie od prezesa giełdy, która w krótkim czasie doprowadziła do strat setek milionów złotych u tysięcy klientów. Zondacrypto to nie byle jaka firma. To giełda, która przez lata budowała wizerunek regulowanej i bezpiecznej instytucji, sponsorowała wydarzenia z udziałem polityków PiS, przekazywała pieniądze na fundacje powiązane z prawicą, a jej prezes miał rzekomo wpływać na decyzje dotyczące regulacji kryptowalut czyli na weto prezydenta Nawrockiego do ustawy wdrażającej unijne przepisy MiCA. Pytania Jak to możliwe, że wpływowy były agent CBA, współtwórca fundacji z byłymi generałami służb, potajemnie świadczył usługi na rzecz człowieka, którego giełda właśnie pogrążała się w poważnym kryzysie? Dlaczego Chodziński publicznie zaprzecza współpracy, którą prywatnie potwierdza w korespondencji? I co właściwie oznacza „analiza prywatnych spraw cywilnych i karnych” Krala za „bardzo dobre pieniądze”? Śledztwo Onetu i TVN24 rzuca nowe światło nie tylko na powiązania Chodzińskiego, ale też na kulisy działania fundacji Frontline – organizacji, która miała być platformą dla byłych funkcjonariuszy służb specjalnych. Na razie Chodziński milczy. Fundacja Frontline potwierdza rezygnację, ale nie wchodzi w szczegóły. A tysiące poszkodowanych klientów Zondacrypto nadal czekają na swoje pieniądze. To historia o człowieku, który kiedyś miał walczyć z korupcją i układami , a teraz, według dostępnych informacji, sam miał brać pieniądze od prezesa upadającej giełdy kryptowalut. #InstytutPrawdy #kryptowaluty #polityka #korupcja

Czołowy agent CBA w czasach PiS pracował dla szefa Zondacrypto. Wojna na prawicy !!! Artur Chodziński, jeden z najbardziej zaufanych i wpływowych funkcjonariuszy CBA w czasach PiS, pracował dla Przemysława Krala, szefa upadłej giełdy kryptowalut Zondacrypto — wynika ze wspólnych ustaleń Onetu i https://t.co/bnUjidEdOw. Nasze śledztwo rzuca też nowe światło na tajemniczą fundację Frontline, którą Chodziński powołał do życia z byłymi szefami służb specjalnych... Panie Premierze @donaldtusk kiedy likwidacja CBA i drobiazgowe rozliczenia tego " gówna ", które zatruwa Polskę ??? 🤔 #InstytutPrawdy Więcej o tym przeczytacie tutaj : https://t.co/qhfT6Nzsgf #CBA #PiS #Kryptowaluty

W poniedziałek w Sądzie Okręgowym w Szczecinie ruszył proces posła PiS Dariusza Mateckiego. Ośmiu oskarżonych, w tym poseł z okręgu szczecińskiego, ma odpowiadać za wyłudzenie ponad 16,5 mln zł z Funduszu Sprawiedliwości, pranie pieniędzy i fikcyjne zatrudnienie. Prokuratura zarzuca Mateckiemu sześć przestępstw, w tym współdziałanie przy ustawianiu trzech konkursów Funduszu tak, by gigantyczne dotacje trafiły wyłącznie do dwóch powiązanych ze sobą szczecińskich stowarzyszeń: Fidei Defensor i Stowarzyszenia Przyjaciół Zdrowia. Zamiast zmierzyć się z tymi zarzutami, Matecki wybrał taktykę uników i dywersji. Do sądu przyszedł z naręczem wydruków i przez niemal sześć godzin opowiadał… o swojej pracy w Lasach Państwowych. Pokazywał posty na temat kleszczy i suchych lasów, czytał na głos maile do administracji Facebooka, dowodząc, że jego zatrudnienie było „rzeczywiste”. O Funduszu Sprawiedliwości – czyli o sednie aktu oskarżenia – ledwie napomknął. Prokurator Dariusz Ślepokura z Prokuratury Krajowej skomentował to krótko: „To jest śmieszne”. Matecki nie przyznał się do winy. Przyznał natomiast bliskie związki ze stowarzyszeniami i stwierdził, że gdyby był ministrem sprawiedliwości, „ponownie przyznałby im podobne dotacje, bo działania były słuszne i zasadne”. Podkreślał też, że postępowanie ma charakter polityczny i jest „wyssane z palca”. Twierdził, że jako radny miasta nie mógł przekraczać uprawnień w ministerstwie. Tymczasem według prokuratury konkursy Funduszu Sprawiedliwości od początku były szyte na miarę dwóch NGO-sów powiązanych z Mateckim i jego środowiskiem. Pieniądze miały być następnie wyprowadzane poprzez fikcyjne faktury i wynagrodzenia, a część środków – prana. Matecki miał wykorzystywać kontakty w Ministerstwie Sprawiedliwości, by promować te podmioty i wpływać na decyzje. Część z ośmiu oskarżonych już wcześniej usłyszała wyroki w powiązanych sprawach. Zamiast merytorycznej obrony poseł PiS urządził kilkugodzinny recital o kleszczach, mailach i „swojej ciężkiej pracy” w lasach. O milionach wyprowadzonych z funduszu dla ofiar przestępstw prawie nie było mowy. Matecki zapowiedział, że na Fundusz Sprawiedliwości będzie mówił „nawet tygodniami”. Prokurator i sąd najwyraźniej mają inne oczekiwania. Na razie Matecki gra na zwłokę, odwraca uwagę i próbuje przekonać opinię publiczną, że jest ofiarą. Fakty z aktu oskarżenia mówią jednak co innego. To był zaplanowany proceder, w którym pieniądze podatników miały służyć partyjnym i prywatnym interesom. Sąd będzie musiał ocenić, czy ta „obrona” wystarczy, by uniknąć odpowiedzialności za jedną z większych afer ostatnich lat. Na razie wygląda to raczej na desperacką próbę zagrania na czas niż na poważną polemikę z dowodami. Strach, przed odpowiedzialnością odbiera Mateckiemu resztki rozumu. Auror: @Romek_Cr #InstytutPrawdy #Polska # sąd #korupcja

Jak zamknięto oddział szpitalny w Lublinie, bo Jarosław Kaczyński miał tam rutynowe badania. Luty 2025 roku. Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego przy al. Kraśnickiej w Lublinie. Na oddziale kardiologii nagle robi się cicho. Pacjenci, którzy czekali na badania, zabiegi czy po prostu na miejsce w przepełnionym publicznym szpitalu, zostają odsunięci, bo przyjechał „pacjent NN” – Jarosław Kaczyński. Prezes PiS, człowiek, dla którego w państwie „dobrej zmiany” zawsze znajdował się specjalny tryb. Został przyjęty jako osoba o nieustalonej tożsamości. Nie Kaczyński, nie poseł, nie były premier , po prostu „NN”. Jednoosobowa sala, ochrona na korytarzu, a według relacji świadków i doniesień Onetu – zamknięto dla niego pół oddziału. Marszałek województwa lubelskiego Jarosław Stawiarski z PiS oraz dyrektor szpitala Piotr Matej mieli witać go kwiatami. Cyrk jak u Barei w wydaniu partyjnym. W tym samym szpitalu zwykli Lubelszczanie czekają miesiącami na kardiologię. Kolejki do specjalistycznych badań, brak miejsc, przeciążony personel. A tu nagle pół oddziału „wyłączone” na potrzeby jednego człowieka. NFZ musiał interweniować i żądać wyjaśnień. Dyrektor szpitala później zaprzeczał, że coś zamknięto, ale obrazek pozostał: państwo PiS działa na dwa tory. Dla zwykłego Kowalskiego, kolejka i czekanie. Dla Kaczyńskiego, zamknięty oddział, anonimowość w systemie i osobista opieka. Nie było VIP-roomu, cały oddział był dla prezesa VIP-roomem. To nie był pierwszy raz. Pamiętamy kule ortopedyczne przywiezione osobiście przez generała Grzegorza Gieleraka do domu na Żoliborzu. Pamiętamy operacje kolana w wojskowych i klinicznych placówkach, gdzie system przyspieszał, a dyrektorzy stawali na baczność. PiS przez osiem lat budował mechanizm, w którym lojalność wobec partii i jej szefa gwarantowała przywileje. Szpitale marszałkowskie, wojskowe, kliniki pod specjalnym nadzorem, wszystko na skinienie prezesa. Władza PiS zdeprawowała nie tylko sądy, media i prokuraturę. Zdeprawowała też służbę zdrowia. Instytucje publiczne stały się narzędziem w rękach jednej partii i jednego człowieka. Szpital w Lublinie to symbol, pół oddziału zamknięte, bo Kaczyński miał „rutynowe badania” albo zabieg. Pacjent NN ważniejszy niż dziesiątki pacjentów z prawdziwymi problemami kardiologicznymi. Dziś, gdy PiS krzyczy o patologiach u przeciwników, warto przypomnieć ten obrazek z Lublina. Kwiaty, zamknięty oddział, pacjent bez nazwiska. To nie była opieka medyczna. To był hołd systemu wobec władzy. Dowód, że w państwie Kaczyńskiego najważniejsze nie jest zdrowie Polaków, tylko zdrowie prezesa – za wszelką cenę, nawet jeśli trzeba zamknąć pół szpitala. Ilu jeszcze takich „pacjentów NN” było w ciągu tych lat? Ile razy zwykli ludzie musieli ustąpić miejsca partii kłamców, hipokrytów i złodziei? PiS nigdy nie wyjaśnił tych przywilejów. Bo w ich świecie to nie jest patologia. To jest norma. Norma, w której jeden człowiek jest wart więcej niż cały system służby zdrowia. Emeryci z bólem serca czekający na koronarografię. Matki z chorymi dziećmi odsyłane z kwitkiem. Ludzie umierający w kolejkach, o których PiS tak chętnie opowiadał w opozycji, a potem sam stworzył system kastowy. „Solidarność” okazała się solidarnością z własnym prezesem. Reszta mogła czekać. #InstytutPrawdy #Polska #Zdrowie #Kaczyński

Jak ordynator szpitala, Kaczyńskiemu kule ortopedyczne do domu przywiózł. W poniedziałek 30 kwietnia 2018 roku przed domem Jarosława Kaczyńskiego na warszawskim Żoliborzu zatrzymał się samochód. Wysiadł z niego generał Grzegorz Gielerak, ówczesny dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego, razem z pielęgniarką. Wnieśli do środka kule ortopedyczne. Nie przez recepcję, nie przez oddział, nie przez kolejkę pacjentów czekających na przydział sprzętu. Bezpośrednio do prywatnego domu najpotężniejszego człowieka w Polsce. Ordynator, a właściwie szef całego wojskowego szpitala, generał, profesor, osobiście dostarczył sprzęt rehabilitacyjny liderowi partii rządzącej. Nie czekał na zlecenie z NFZ, nie wypełniał papierologii, nie stał w kolejce jak zwykły obywatel, który po złamaniu czy operacji kolana musi sam zorganizować sobie kule, wózek czy rehabilitację. Dla Kaczyńskiego system zadziałał błyskawicznie i po królewsku. W tym samym czasie w Sejmie trwał protest osób niepełnosprawnych i ich opiekunów. Ludzie na wózkach, z ciężkimi schorzeniami, domagali się godnego wsparcia, wyższych świadczeń, realnej pomocy państwa. PiS, partia „dobra zmiany” i „solidarności”, która obiecywała Polskę dla zwykłych ludzi, miała wtedy pełnię władzy. Premier, ministrowie, marszałkowie Sejmu, wszyscy pod kontrolą Kaczyńskiego. A zamiast realnej pomocy dla najsłabszych, mieliśmy spektakl: generał w mundurze wnosi kule do willi na Żoliborzu. To była codzienność rządów PiS. Kiedy zwykły Polak czekał miesiącami na rezonans, endoprotezę czy wizytę u specjalisty, dla „swoich” działał przyspieszony tor. Szpitale wojskowe, kliniki pod specjalnym nadzorem, osobiste kontakty z dyrektorami i generałami. Kaczyński od miesięcy jeździł do tego samego instytutu na zabiegi, generał Gielerak osobiście nadzorował kurację. A kiedy kolano odmówiło posłuszeństwa, sprzęt przyjechał pod drzwi prezesa. Nie był potrzebny VIP - room. PiS przez lata budował system, w którym lojalność wobec partii i jej szefa była przepustką do lepszej opieki. Publiczna służba zdrowia dla mas, prywatny albo „wojskowy” tor dla elity władzy. Kaczyński i jego otoczenie nigdy nie przeprosili za ten obrazek. Nie wytłumaczyli, dlaczego szef szpitala zamiast zarządzać placówką i walczyć o jakość leczenia dla żołnierzy i cywilnych pacjentów, jeździ z kulami do prywatnego domu polityka. Bo w ich świecie to było normalne. Normalne, że prezes partii jest traktowany jak monarcha. Normalne, że ordynator staje się posłańcem. Normalne, że państwo istnieje po to, żeby służyć tym, którzy je kontrolują Kule przywiezione osobiście przez ordynatora szpitala do domu Jarosława Kaczyńskiego to nie anegdota. To esencja rządów, w których jeden człowiek był ważniejszy niż tysiące pacjentów czekających w kolejkach. I dowód, że „dobra zmiana” dla jednych oznaczała bardzo dobrą, VIP-owską zmianę. Dla reszty – zwykłą, polską kolejkę i czekanie. #InstytutPrawdy #Polska #zdrowie #PiS

Trump to narcystyczny kłamca w skali patologicznej. Washington Post i inne niezależne liczniki udokumentowały ponad 30 tysięcy fałszywych lub wprowadzających w błąd wypowiedzi w pierwszej kadencji. W drugiej, mechanizm działa tak samo: kłamie o wyborach, o ekonomii, o własnych sukcesach. Gdy rzeczywistość mu nie pasuje, nazywa ją „fake newsem”. To jego metoda rządzenia kłamstwo i manipulacja. Jego administracja w 2025–2026 roku szybko pokazała, co znaczy „America First” w praktyce. Chaos kadrowy, masowe czystki w administracji, upolitycznienie wymiaru sprawiedliwości i instytucji niezależnych, próby osłabiania sojuszników NATO oprócz tych, którzy mu schlebiają, oraz obsesyjną wojnę taryfową, która podnosi ceny Amerykanom. Trump traktuje urząd prezydencki jak prywatną firmę, z konfliktami interesów, promowaniem rodziny i przyjaciół oraz zemstą na przeciwnikach. Jego kult osobowości, ataki na media, sędziów i każdego, kto się sprzeciwi, to klasyczny autorytaryzm w amerykańskim wydaniu. Człowiek, który chwalił dyktatorów - Putina, Kim Dzong Una, Xi, podważał zaufanie do demokratycznych instytucji i do dziś nie potrafi zaakceptować, że w 2020 przegrał wybory, to nie jest „silny lider”. To jest niebezpieczny narcyz, dla którego własna megalomania jest ważniejsza niż interes państwa. Po co, panie Nawrocki, jedziesz Pan na 80. urodziny Donalda Trumpa? Na galę UFC na trawniku Białego Domu, z pompą i MMA, podczas gdy Trump właśnie używa urzędu do osobistych spektakli? Czy naprawdę Polska musi tak ostentacyjnie płaszczyć się przed tym skompromitowanym pedofilem sojusznikiem Putina? Czy „sojusz” oznacza, że polski prezydent musi brać udział w kontrowersyjnym, krytykowanym nawet w USA wydarzeniu, które łączy święto państwowe z urodzinami prezydenta i interesami prywatnych promotorów? Polska ma realne interesy bezpieczeństwa wobec USA, bazy, wojska amerykańskie, broń, ale nie musi przy tym rezygnować z godności. Uczestnictwo w tym cyrku nie jest „pragmatyczną dyplomacją”. To jest poddańcze schlebianie człowiekowi, który szanuje tylko siłę i lojalność osobistą, a nie zasady. Panie Nawrocki mógłbyś wysłać tam Przydacza, ambasadora lub ograniczyć się do roboczych rozmów. Zamiast tego lecisz na urodziny. Gratulacje dla doradców Nawrockiego ws. dyplomacji – znowu pokazujemy, że jesteśmy bardziej trumpowscy niż sami Amerykanie. #InstytutPrawdy #Trump #Polityka #FakeNews

Willa+ - pieniądze Ministerstwa Nauki i Oświaty jako prywatna skarbonka Przemysława Czarnka i PiS-owskiej bandy. To nie był żaden „program wsparcia oświaty”. To była jawna, bezczelna akcja uwłaszczania się na publicznych pieniądzach. Minister Przemysław Czarnek, ten sam, który z mównicy sejmowej grzmiał o „obronie polskich dzieci przed ideologią”, wziął 40 milionów złotych z budżetu Ministerstwa Edukacji i Nauki i rozdał je swoim, organizacjom powiązanym z PiS, działaczom partyjnym, prorządowym księżom i fundacjom, które od lat żyją z państwowego cycka. Willa na Mokotowie, willa na Żoliborzu, apartamenty w zabytkowych kamienicach, dworki z lasem i stawami, posiadłości warte miliony, wszystko kupione za kasę podatnika. Fundacja „Polska Wielki Projekt” (bliska Glińskiemu, Krasnodębskiemu, Zybertowiczowi) dostała prawie 5 mln zł na luksusową willę od... Polskiego Holdingu Nieruchomości, czyli od państwa. Fundacja Michała Dworczyka, kolejna willa. Organizacje z okręgu Czarnka, stowarzyszenia, w których kręcił się sam minister, dostawały grube miliony, jakby to była ich prywatna kasa. Czarnek nie krył się z tym wcale, myślał, że rządzió będzie dekady. Konkurs był ustawiony tak, że „lewactwo i szkodnicy” nie mieli szans. Liczyły się tylko lojalność, koneksje i światopogląd. NIK uznała część dotacji za nielegalne. Prokuratura bada przekroczenie uprawnień i działanie na szkodę interesu publicznego. Beneficjenci do dziś nie rozliczyli się prawidłowo, wiele nieruchomości stoi, jest wynajmowanych albo wystawianych na sprzedaż z wielkim zyskiem. Podatnik zapłacił, PiS-owskie elity korzystały. PiS za rządów Czarnka traktował Ministerstwo Edukacji jak prywatny bankomat dla swoich. Zamiast budować szkoły, remontować klasy, wspierać nauczycieli, kupowali i przekazywali sobie wille. Zamiast inwestować w edukację, inwestowali w wygodę swoich aparatczyków i kacyków. To było sponsorowanie partyjnego zaplecza. To korupcja światopoglądowa w najczystszej postaci: „naszym wszystko, reszcie nic”. Przemysław Czarnek, człowiek, który z ambony pouczał Polaków o moralności, rodzinie i wartościach, jednocześnie rozdawał dziesiątki milionów na prywatne pałace dla swoich. To hipokryzja i arogancja ludzi, którzy uwierzyli, że państwo polskie jest ich prywatny folwark, a Polacy to ich pańszczyźniani chłopi. Bo w PiS-owskiej logice, władza to nie służba Polsce i Polakom, władza to łupy i synekury. Autor: @Romek_Cr #InstytutPrawdy #Polska #Edukacja #Korupcja

Gdyby Ireneusz Jaki nie był ojcem europosła i wiceprezesa PiS Patryka Jakiego, byłby nikim i prawdopodobnie nigdy nie usłyszelibyśmy o tej sprawie. Albo raczej, sprawa skończyłaby się tak, jak kończą się setki podobnych w Polsce rządzonej przez „partię prawa i sprawiedliwości”, szybko, cicho i z dymisją winnego. Ale ponieważ Jaki senior nosi nazwisko jednego z najbardziej rozpoznawalnych twarzy obozu władzy, cała maszyna propagandowo-prawna PiS ruszyła na najwyższych obrotach. Mobbing to atak PO, a skargi pracowników, to tylko fałszywki wrogów, natomiast kontrola PIP, to drobiazg do zignorowania lub podważenia. Wiosną 2022 roku w opolskich Wodociągach i Kanalizacji wybuchła "bomba". Pracownicy anonimowo alarmowali, że prezes Ireneusz Jaki stosuje mobbing, poniża ludzi, podnosi głos, publicznie upokarza, tworzy atmosferę strachu. Państwowa Inspekcja Pracy potwierdziła nieprawidłowości. Rada Nadzorcza, po długich przepychankach, w końcu odwołała Jakiego w listopadzie 2023 roku. Wydawałoby się: standardowa sprawa. Szef spółki komunalnej nie radzi sobie z ludźmi, dostaje kopa. Tylko że to nie był zwykły prezes, to nietykalny ojciec Patryka Jakiego, człowieka, który w PiS budował wizerunek twardego antykorupcyjnego wojownika. I nagle cała retoryka partii o „walce z układami” i „ochronie zwykłych ludzi” poszła w... Patryk Jaki interweniował osobiście, odwiedzał PIP, oskarżał prezydenta Opola Arkadiusza Wiśniewskiego o „sitwę” i „zemstę”. Media obozu władzy biły na alarm: to nagonka, ojciec jest niewinny, a atakują go, bo syn jest niewygodny. Sąd w końcu umorzył niektóre postępowania, prokuratura też. PiS triumfował „niewinny!”. Ale nawet jeśli formalnie nie udowodniono mobbingu w stopniu karnym, to fakt pozostaje faktem, przez lata w spółce panowała toksyczna atmosfera, pracownicy bali się odezwać, a państwo PiS, zamiast chronić słabszych, chroniło swojego. To nie była pierwsza posada Ireneusza Jakiego za „łaską” obozu. Przed WiK był doradcą prezydenta Opola z ramienia lewicy, potem nagle awansował w czasach PiS. Syn w europarlamencie i na szczytach partii, ojciec na ciepłej posadzie w spółce komunalnej, idealny model „sukcesu” według standardów Zjednoczonej Prawicy. A gdy zrobiło się gorąco w Opolu, nowa posada w Otwocku, w urzędzie miasta rządzonego przez „złote dziecko PiS”. Jedyny kandydat w konkursie. Czysty przypadek, oczywiście. To jest właśnie sedno bezczelności PiS i Ireneusza Jaki, nie chodzi tylko o jednego prezesa i jego styl zarządzania. Chodzi o system, w którym dla „swoich” nie obowiązują te same reguły co dla reszty. Pracownikowi za mniej grozi dyscyplinarka i sąd. Dla ojca prominentnego polityka PiS, rusza cała machina obronna, media, interwencje polityków, sądy, prokuratura i w końcu nowa synekura. PiS od lat opowiada bajki o „elicie moralnej”, „walce z układami” i obronie zwykłego człowieka. Tymczasem gdy zwykli pracownicy wodociągów skarżą się na mobbing ze strony człowieka z ich obozu, stają się nagle „nagonką”, „sitwą” i „wrogami”. Hipokryzja tej partii nie ma dna. Sprawa Ireneusza Jaki to nie jest tylko lokalna opolska historia, to także symbol tego, czym stało się partia Kaczyńskiego, partią rodzinnych interesów i zależności, w której lojalność wobec partii jest ważniejsza niż prawo pracownicze, przyzwoitość czy zwykła sprawiedliwość. #InstytutPrawdy #PiS #mobbing #polityka

Baronowa PiS posłanka Anna Paluch, okupuje komunalne lokum za 116 zł. miesięcznie, i od lat 90-tych blokuje dach nad głową dla prawdziwych potrzebujących. Anna Paluch, wieloletnia posłanka Prawa i Sprawiedliwości, od ponad trzydziestu lat mieszka w 38-metrowym mieszkaniu komunalnym w Krościenku nad Dunajcem. Płaci za nie śmiesznie niską kwotę – zaledwie 116,43 zł miesięcznie. To nie żart. Podczas gdy zwykli mieszkańcy Pienin walczą o jakikolwiek lokal socjalny, „Baronowa PiS z południa Polski”, jak ją nazywają media, siedzi w gminnym mieszkaniu jak u siebie. Powierzchnia- 38,3 m². Czynsz za metr kwadratowy - około 3 zł. Dla porównania, średni czynsz rynkowy w regionie to tysiące złotych. Posłanka zarabia miesięcznie ponad 25 tysięcy złotych brutto (dieta, uposażenie poselskie plus emerytura). Rocznie wychodzi jej ponad 300 tys. zł dochodu. I mimo to korzysta z pomocy mieszkaniowej przeznaczonej dla najuboższych Paluch wprowadziła się do tego lokalu w połowie lat 90. Wtedy jeszcze nie była posłanką, ale już wtedy mieszkanie dostała w okolicznościach, które budziły wątpliwości. Od 2005 roku zasiada w Sejmie z ramienia PiS, i ani myśli zwolnić lokal. W międzyczasie budowała własny dom, który według doniesień jest już gotowy do zamieszkania. Mimo to nadal blokuje komunalne mieszkanie. W Krościenku czekają na lokale rodziny z dziećmi, w tym jedna z szóstką potomstwa. Gmina ma ograniczoną pulę mieszkań komunalnych, a Paluch po prostu siedzi i nie puszcza. To nie jest „prawo do dachu nad głową”. To przywilej polityczny w czystej postaci. Posłanka, która na mównicy Sejmu lubi mówić o solidarności i pomocy słabszym, w praktyce zabiera miejsce tym, którzy naprawdę toną. Gdy dziennikarze pytają ją o sprawę, reakcja jest żenująca. Zamiast konkretnej odpowiedzi, zasłanianie się Janem Pawłem II i atakami na media. „Dopóki nie przeprosicie za atak na Ojca Świętego...” - takie teksty słyszymy od osoby, która co miesiąc oszczędza na czynszu kwoty, za które przeciętna rodzina kupuje zakupy na tydzień. PiS przez lata budował wizerunek partii „ludu” i „zwykłych ludzi”. Tymczasem jedna z jej prominentnych przedstawicielek od dekad korzysta z komunalnego dobrobytu, którego sama partia rzekomo broni przed „liberałami i elitami”. Gdzie chrześcijańska etyka pracy i solidarności, o której tak chętnie mówią? Anna Paluch jest beneficjentką układu, w którym polityk z długim stażem może latami siedzieć w tanim lokalu, podczas gdy młodzi ludzie, wielodzietne rodziny i osoby w trudnej sytuacji materialnej dostają odmowy. To modelowy przykład tego, jak polityczna klasa w Polsce dba o własne interesy, pod przykrywką „służby narodowi”. Czas, żeby posłanka Paluch wreszcie oddała to mieszkanie. Niech udowodni, że jej słowa o pomocy potrzebującym nie są tylko pustą retoryką z kampanijnego spotu. Bo na razie wygląda to tak, jakby PiS miało dwa standardy: jeden dla wyborców i drugi dla swoich baronów. #InstytutPrawdy #Polityka #Mieszkalnictwo #Solidarność

Bank z miliardową stratą rozdaje miliardy, których nie ma Polityka ma jedną nieśmiertelną cechę: kiedy kończą się pieniądze, zaczynają się pomysły. Im większa dziura w kasie, tym bardziej efektowne stają się konferencje prasowe, prezentacje i wielkie obietnice. Tak właśnie wygląda historia „Polskiego SAFE 0%”, projektu przedstawionego w marcu 2026 roku przez prezydenta Karola Nawrockiego i prezesa NBP Adama Glapińskiego. W przekazie medialnym wszystko wyglądało imponująco: około 185 miliardów złotych na zbrojenia, bez odsetek, bez unijnych warunków i bez dodatkowych obciążeń dla podatnika. Finansowy odpowiednik perpetuum mobile. Problem polega na tym, że ekonomia bywa mniej podatna na entuzjazm niż politycy. Spójrzmy na liczby. Narodowy Bank Polski zamknął 2025 rok stratą w wysokości 35,7 miliarda złotych. Rok wcześniej strata wyniosła 13,3 miliarda, a w 2023 roku około 20,8 miliarda złotych. Oznacza to, że od kilku lat budżet państwa nie otrzymuje wpływów z tytułu zysku NBP. Oczywiście bank centralny nie jest zwykłą spółką akcyjną. Ekonomiści słusznie przypominają, że znacząca część tych strat ma charakter księgowy i wynika między innymi z umocnienia złotego oraz sposobu wyceny rezerw walutowych i złota. To ważne zastrzeżenie. Równie ważne jest jednak inne pytanie. Jeżeli projekt SAFE 0% nie ma być finansowany z bieżących wyników NBP, lecz z wykorzystania wartości rezerw oraz specjalnych mechanizmów finansowych, to gdzie są szczegółowe wyliczenia pokazujące skalę ryzyka? Jakie będą koszty w różnych scenariuszach rynkowych? Jak wpłynie to na bilans banku centralnego? Kto poniesie konsekwencje, jeśli założenia okażą się zbyt optymistyczne? W tym miejscu oficjalny przekaz zaczyna przypominać prezentację dewelopera sprzedającego apartamentowiec, którego jeszcze nie zbudowano. Wizualizacje są atrakcyjne. Inwestorzy zwykle pytają jednak również o kosztorys. Adam Glapiński przekonuje, że obecne straty mają głównie charakter papierowy. Być może. Tyle że zwolennicy projektu SAFE 0% chcą jednocześnie oprzeć jego wiarygodność na wartości tych samych aktywów. Skoro straty są w dużej mierze księgowe, to również prognozy przyszłych korzyści powinny być oceniane z należytą ostrożnością. Najbardziej niepokojące nie jest nawet samo poszukiwanie pieniędzy na obronność. To obowiązek każdego odpowiedzialnego państwa. Problem polega na gigantycznej różnicy między skalą deklaracji a ilością publicznie dostępnych danych pozwalających te deklaracje zweryfikować. W dojrzałej demokracji nie wystarczy powiedzieć: „proszę się nie martwić, wszystko jest policzone”. Zwłaszcza gdy mówi to instytucja, która od kilku lat regularnie wykazuje wielomiliardowe straty i oczekuje, że obywatele uwierzą jej na słowo. Bezpieczeństwo narodowe nie jest kampanijnym sloganem. Nie jest też przestrzenią do eksperymentów marketingowych. Jeśli SAFE 0% ma być rzeczywistym instrumentem wzmacniania obronności państwa, powinien zostać przedstawiony wraz z pełnymi założeniami, metodologią i analizą ryzyka. Inaczej pozostanie kolejną polityczną opowieścią o miliardach, które mają pojawić się kiedyś, skądś i w jakiś bliżej nieokreślony sposób. A liczby? Liczby nie głosują. Nie występują na konferencjach prasowych. Nie udzielają wywiadów i nie prowadzą kampanii wyborczych. Po prostu są. I właśnie dlatego bywają najgroźniejszą opozycją wobec politycznych deklaracji. Autor: @EwaBrzozowska #InstytutPrawdy #Polityka #Ekonomia #Bezpieczeństwo

28 listopada 2024 roku pod Olkuszem skończyło się życie 28-letniej Doroty Bejgier. Szła poboczem, prowadząc córeczkę do przedszkola. Zwykły poranek, zwykła matka. Wtedy pojawiła się Magdalena Z. – awansowana przez Zbigniewa Ziobrę na szefową Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu. Zjechała na pobocze. Podobno sięgała po telefon. Uderzyła Dorotę. Kobieta zmarła następnego dnia. Zostawiła małą córeczkę i rodzinę, której nikt już nie odda matki. Śmierć spowodowana przez funkcjonariusza publicznego, który według opisu świadków i pierwszych ustaleń – zjechał celowo na pobocze. Zarzuty za nieumyślne spowodowanie śmierci były już przygotowane. Ale nagle… je wycofano jako „przedwczesne”, tylko po to, żeby łatwiej było uchylić immunitet w Sądzie Najwyższym. Ponad półtora roku po tragedii prokuratorka Magdalena Z. nadal nie ma formalnych zarzutów. Chodzi na wolności i śmieje się rodzinie w twarz. A machina Ziobry działała tak działa nadal i chroni swoich. Cała armia nominatów Ziobry, prokuratorzy, szefowie okręgówek, sędziowie, dostawała stołki nie za kompetencje, tylko za lojalność. Gdy jeden z nich zabija, uruchamia się tryb „ochrona VIP”. Immunitety, przeciąganie spraw, wycofywanie postanowień, kombinowanie proceduralne. Zwykły kierowca za takie przewinienie dawno siedziałby w areszcie tymczasowym i odpowiadał przed sądem. Ale nie „nasza”. Nie nominatka Ziobry. Rodzinie Doroty Bejgier mówi się: „czekajcie”. Czekają już półtora roku. Córka Doroty dorasta bez matki, a sprawiedliwość jest gdzieś daleko, za murami prokuratorskich gabinetów i politycznych układów. To Kaczyński i Ziobro budowali sobie państwo w państwie, w którym funkcjonariusze publiczni są ponad prawem. To Ziobro obsadzał kluczowe stanowiska ludźmi, dla których najważniejsza jest wierność partii, a nie prawda i sprawiedliwość. To za rządów PiS, „dobre zmiany” oznaczały bezkarność dla swoich, nawet kosztem życia zwykłej kobiety idącej z dzieckiem poboczem drogi. Jak długo jeszcze mamy to tolerować? Jak długo prokuratorzy Ziobry mają mordować i chodzić wolno? Jak długo rodziny ofiar mają być traktowane jak natręci, a zabójcy w togach, jak nietykalni? Czas skończyć z tą fikcją. Czas, żeby system, który chroni swoich kosztem zwykłych ludzi, wreszcie runął. Dorota Bejgier zasługuje na sprawiedliwość. Nie na kolejne „czekajcie”. Autor: @BeataKSU #InstytutPrawdy #Sprawiedliwość #Funkcjonariusze #Prawo

Kompromitacja PiS. Za koreańskimi pożyczkami stoi rząd PiS i Mariusz Błaszczak. To oni w latach 2022–2023 (jako minister obrony) negocjowali i zatwierdzali gigantyczne kontrakty ramowe z Koreą Południową oraz powiązane z nimi kredyty eksportowe. Głównym podmiotem finansującym jest koreański państwowy bank eksportowo-importowy KEXIM (Korea Export-Import Bank), wspierany przez rząd w Seulu. Kluczowe fakty są takie, że pierwsza duża pożyczka (2022/2023) to ok. 12 bln wonów, wtedy ok. 38 mld zł czyli ok. 9–9,4 mld USD. Pokrywała znaczną część, nawet 70%, pierwszych transz zamówień - K2 Black Panther, K9 Thunder, FA-50, Chunmoo. Były też plany na kolejne dziesiątki miliardów, nawet do 100 mld zł łącznie w różnych transzach. Oprocentowanie tych pożyczek szacowane jest na 5–6,5% rocznie, najczęściej 5,8%, oparte na stawkach OECD dla kredytów eksportowych. Znacznie drożej niż obecny SAFE -ok. 3,17%. To znany mechanizm - Klasyczny kredyt eksportowy czyli Korea pożycza Polsce pieniądze, żeby Polska kupiła koreańską broń od firm Hyundai Rotem i Hanwha Aerospace. Decyzje zapadały w trybie pilnym, bezpośrednio pod kierownictwem Błaszczaka i rządu PiS. Bez uzgodnień, bez rozeznania, bez konsultacji z Polskim Wojskiem. Szczegóły były w dużej mierze tajne po stronie polskiej, a wiele informacji wyszło dzięki jawności koreańskiego parlamentu i mediów. Program "SAFE dla Polski", jest wyraźnie tańszy od koreańskich kredytów, oto konkrety: - Oprocentowanie SAFE dla Polski: 3,17% - potwierdzone dla Polski przy pierwszej transzy. Kredyty koreańskie (KEXIM): 5,8% - najczęściej cytowane, szacunki dochodzą nawet do 6–6,5%. Różnica to 2,6–3,3% na korzyść SAFE. - Porównanie kosztów na przykładzie skali ok. 44 mld euro / ~190 mld zł, jak w SAFE Według analiz ekonomicznych SAFE - ~197 mld zł Korea (KEXIM) - ~360 mld zł Różnica to 163 mld zł na korzyść SAFE. Dodatkowe atuty SAFE dla Polski: - 10 lat karencji - przez pierwszą dekadę płacisz tylko odsetki. - Maks. 45 lat spłaty - bardzo długi okres, co obniża roczne obciążenie budżetu. - Finansowanie przez Komisję Europejską (rating AAA UE) - tańsze niż polski dług rynkowy czy kredyty eksportowe. Przy porównywalnej skali finansowania SAFE oszczędza Polsce dziesiątki miliardów złotych w odsetkach w porównaniu do koreańskich kredytów z czasów PiS. To nie jest opinia, to wynik prostego rachunku na potwierdzonych stopach procentowych. Koreańskie pożyczki były drogie, bo to typowy kredyt eksportowy. SAFE dla Polski to wspólne unijne finansowanie po preferencyjnych warunkach. #InstytutPrawdy #Polska #Kredyty #Bezpieczeństwo

Patryk Jaki – czas rozliczeń. Waldemar Żurek, złożył dziś do przewodniczącej Parlamentu Europejskiego formalny wniosek o wyrażenie zgody na pociągnięcie Patryka Jakiego do odpowiedzialności karnej, a także na jego zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie. To konkretny akt oskarżenia wobec człowieka, który w czasach rządów PiS piastował stanowisko wiceministra sprawiedliwości i sprawował bezpośredni nadzór nad Służbą Więzienną. Według ustaleń śledczych, Patryk Jaki dopuścił się przekroczenia uprawnień oraz niedopełnienia obowiązków. Jako osoba odpowiedzialna za funkcjonowanie polskiego systemu penitencjarnego miał nie tylko pilnować prawa, ale przede wszystkim chronić podstawowe standardy humanitarne i konstytucyjne. Zamiast tego, jak wynika z wniosku, dopuścił do sytuacji, w których władza ministerialna została użyta w sposób sprzeczny z prawem. Chodzi o instytucję, która powinna gwarantować realizację kary w sposób zgodny z godnością człowieka, a nie stawać się narzędziem politycznej zemsty czy niekompetencji. Gdy wiceminister Jaki nadzorował Służbę Więzienną, dochodziło do działań, które śledczy kwalifikują jako rażące nadużycie stanowiska. Dziś te zaniedbania i przekroczenia wracają do niego ze zdwojoną siłą – w formie wniosku o zgodę na aresztowanie. Patryk Jaki budował swoją karierę na wizerunku „twardego człowieka prawa”, który walczy z „układem” i „kastą”. Okazuje się jednak, że gdy sam miał realną władzę, nie stronił od metod, które dziś kwalifikowane są jako przestępstwo. Przekroczenie uprawnień przez wysokiego urzędnika państwowego to zdrada zaufania publicznego. Niedopełnienie obowiązków wobec podległej służby to nie „drobna niedoskonałość zarządzania”, lecz narażenie na szkodę zarówno funkcjonariuszy, jak i osób pozbawionych wolności. Żądanie zatrzymania i przymusowego doprowadzenia Patryka Jakiego przez Parlament Europejski pokazuje skalę sprawy. Nie chodzi już o polityczne przepychanki w Polsce, sprawa trafiła na poziom unijny, co oznacza, że zarzuty są na tyle poważne, iż polskie władze sądowe uznały, że immunitet europejski nie może chronić przed rozliczeniem. Patryk Jaki, który tak chętnie pozował na obrońcę „sprawiedliwości”, będzie musiał teraz stanąć przed sądem i wytłumaczyć swoje decyzje z czasów, gdy był wiceministrem. Polskie społeczeństwo ma prawo wiedzieć, dlaczego człowiek odpowiedzialny za Służbę Więzienną dopuścił do stanu, który śledczy uznali za karalny. To rozliczenie władzy, która zbyt długo czuła się bezkarna. Patryk Jaki, kiedyś symbol „dobrej zmiany” w resorcie sprawiedliwości, dziś staje się symbolem jej najgorszych praktyk, czyli arogancji, poczucia bezkarności, pychy, przekraczania kompetencji i lekceważenia prawa. Tym razem immunitet może nie wystarczyć. AutorL @Romek_Cr #InstytutPrawdy #Polska #Prawo #ParlamentEuropejski

Głupota czy zdrada? Karol Nawrocki i cała formacja PiS osiągnęli w ostatnich dniach poziom hipokryzji, który wręcz zapiera dech w piersiach. Z jednej strony przez lata bili się w piersi jako największe wsparcie „bohaterskiej Ukrainy” w walce z rosyjskim najeźdźcą. Z drugiej, gdy tylko prezydent Wołodymyr Zełenski podjął decyzję o nadaniu ukraińskiej jednostce imienia „Bohaterów UPA”, Nawrocki natychmiast rzuca się do ataku i żąda odebrania mu Orderu Orła Białego. To nie jest poważna polityka zagraniczna. To jest teatr cynizmu i politycznego populizmu w najgorszym wydaniu. Przez lata PiS budował narrację: „jesteśmy tarczą Europy”, „dajemy miliardy na pomoc Ukrainie”, „Zelenski to nasz brat w walce z Putinem”. Kaczyński leciał do Kijowa w pierwszych dniach inwazji, posłowie PiS robili sobie selfie z ukraińską flagą, a propaganda partyjna lała łzy nad „bohaterskim narodem ukraińskim”. Dziś ten sam Zelenski, prezydent kraju, który krwawi w obronie całej wschodniej flanki NATO, staje się dla Nawrockiego nagle „gloryfikatorem bandytów”, a Order Orła Białego ma mu zostać odebrany za decyzję wewnętrzną Ukrainy w czasie totalnej wojny. To klasyczna hipokryzja PiS-u, wsparcie dla Ukrainy tak długo, jak długo Kijów spełnia polskie oczekiwania historyczne na warunkach Warszawy. Gdy tylko Zełenski przypomina, że Ukraina ma własną pamięć i własny kontekst walki narodowej, zwłaszcza w obliczu egzystencjalnego zagrożenia ze strony Rosji, natychmiast słyszymy wrzask o „policzku wymierzonym Polsce”, „dostarczaniu tlenu rosyjskiej propagandzie” i „braku gotowości do Europy”. Prawda jest brutalna. PiS i Nawrocki traktują Ukrainę instrumentalnie. Dopóki można było na wojnie zbijać polityczny kapitał w kraju, byliśmy „pierwszymi przyjaciółmi”. Gdy trzeba zmierzyć się z trudną historią (Wołyń, UPA, Bandera) bez szantażu i ultimatum, wychodzi prawdziwa twarz. Zamiast dyplomacji i budowania strategicznego sojuszu w obliczu wspólnego wroga, mamy publiczną egzekucję symbolu: odebranie orderu prezydentowi walczącego kraju. Nawrocki, który jeszcze niedawno domagał się „symetrii” i „wdzięczności” od Zełenskiego, dziś zachowuje się jak obrażony protektor, który grozi karą za nieposłuszeństwo. To nie jest postawa męża stanu. To postawa człowieka, dla którego ważniejsza jest wewnętrzna gra polityczna i mobilizacja elektoratu antyukraińskiego niż realne interesy bezpieczeństwa Polski. Bo realny interes jest prosty, Ukraina musi wygrać z Rosją. Wszystko inne, w tym trudne rozliczenie historyczne musi poczekać na czas pokoju. Inaczej pomagamy Putinowi. Hipokryzja PiS i Karola Nawrockiego jest tym bardziej obrzydliwa, że dzieje się w momencie, gdy ukraińscy żołnierze giną codziennie, broniąc także polskiej granicy. Zamiast wzmacniać sojusz, PiS go rozbija dla oklasków własnej bańki. Zamiast budować przyszłość, rozdrapuje stare rany w czasie, gdy trzeba walczyć o przetrwanie. Prezydencie Nawrocki, PiS-ie, wasza retoryka „bohaterskiej Ukrainy” okazała się pustym frazesem. Gdy przychodzi co do czego, wychodzi z was typowy polski nacjonalizm zakamuflowany patriotyczną frazą. Zełenski może nie być święty, ale w tej wojnie jest przywódcą heroicznego oporu. Wy jesteście tylko hipokrytami, którzy chcą na tym sporze zarobić politycznie, i to za wszelką cenę. Nawet kosztem bezpieczeństwa Polski. Autor: @BeataKSU #InstytutPrawdy #Ukraina #Polska #Polityka

Rok Nawrockiego. 6 sierpnia 2025 roku wielu obserwatorów, zwłaszcza tych z obozu PiS, świętowało „powrót suwerenności” i „zwycięstwo nad Tuskiem”. Dziś, w maju 2026 roku, bilans jest druzgocący. Prezydentura Nawrockiego to nie tylko pasmo porażek, ale systematyczny demontaż autorytetu urzędu, pogłębienie podziałów społecznych i międzynarodowe ośmieszenie Polski. Historyk, alfons,, promowany jako „obrońca narodu”, okazał się politycznym dyletantem, którego styl rządzenia przypomina bardziej uliczne bijatyki niż państwową służbę. Konfrontacja zamiast współpracy – paraliż państwa. Od pierwszych dni Nawrocki obrał kurs totalnej wojny z rządem Donalda Tuska. Weta ustaw, blokowanie nominacji, publiczne spięcia – wszystko to w imię „obrony Polaków”. Efekt? Paraliż kluczowych reform, opóźnienia w wykorzystaniu funduszy europejskich i wizerunek Polski jako kraju wewnętrznie skłóconego. Zamiast być spoiwem narodu, prezydent stał się głównym źródłem chaosu. Jego obsesyjne próby zablokowania unijnej polityki klimatycznej poprzez referendum to kwintesencja niekompetencji. Pierwsze pytanie referendalne zostało odrzucone przez Senat jako tendencyjne i manipulacyjne. Zamiast uznać błąd, Nawrocki zapowiedział drugi wniosek – jakby Polacy nie mieli ważniejszych problemów niż jego osobista krucjata przeciw „Zielonemu Ładowi”. W czasach kryzysu energetycznego i transformacji gospodarki taki populizm tylko pogłębia niepewność inwestorów i osłabia pozycję Polski w Europie Awantura z Ukrainą – dyplomatyczna klęska Największą hańbą ostatniego roku jest eskalacja sporu z Ukrainą. Propozycja odebrania Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego z powodu nazwania ukraińskiej jednostki imieniem „Bohaterów UPA” to nie obrona polskiej pamięci historycznej, lecz tania, szkodliwa polityka. W czasie, gdy Ukraina walczy o przetrwanie przed rosyjską agresją, polski prezydent wybiera moment na historyczne rozliczenia w sposób najbardziej konfrontacyjny. Efekt? Ostre reakcje ze strony Ukrainy, krytyka Tuska i osłabienie międzynarodowego wsparcia dla Polski. Zamiast budować sojusz, Nawrocki gra pod elektorat radykalnej prawicy, ryzykując izolację Polski na arenie międzynarodowej. To nie jest patriotyzm – to nieodpowiedzialność. Kontrowersje, skandale i brak klasy Prezydentura Nawrockiego od początku naznaczona jest skandalami z przeszłości: powiązania z półświatkiem bokserkim, kontrowersyjne transakcje mieszkaniowe, pseudonim literacki, pod którym sam siebie chwalił. Zamiast transparentności – uniki i ataki na media. Incydent z dziennikarzem TVN24, gdzie prezydent zszedł z mównicy, by wrócić i ostro zaatakować reportera, pokazał brak elementarnej kultury i dyplomatycznego wyczucia Sondaże pokazują spadające poparcie. Nawet część prawicy zaczyna dostrzegać, że „nowy prezydent” to nie lider, lecz źródło kolejnych kryzysów wizerunkowych Rok stracony Rok prezydentury Karola Nawrockiego to rok zmarnowanych szans. Zamiast jednoczyć Polaków wokół kluczowych wyzwań – bezpieczeństwa, gospodarki, przyszłości – prezydent pogłębił rowy podziałów. Zamiast wzmacniać pozycję Polski w Europie i na świecie – izoluje nas awanturami i populistycznymi gestami. Historia oceni surowo ten okres. Karol Nawrocki wszedł do Pałacu Prezydenckiego jako obiecujący „obrońca tradycji”. Wyszedł na człowieka, który pokazał, że urząd prezydenta w jego rękach stał się narzędziem osobistych resentymentów i politycznej zemsty. Polski naród zasługuje na więcej. Rok 2025/2026 pokazał, że z Nawrockim na czele – dostaliśmy mniej niż zero. Czas na refleksję – zanim będzie #InstytutPrawdy #Polska #prezydent #polityka

Skończyły się czasy, gdy jedno kiwnięcie palcem Kaczyńskiego wystarczyło, by cała prawica padała na kolana. Dzisiaj nawet jego własny „prezydencki wybraniec” może mu pokazać dupę, i robi to publicznie, bez strachu. Rok po domniemanym zwycięstwie Nawrockiego w wyborach prezydenckich mamy jasny sygnał, że era absolutnej władzy @OficjalnyJK dobiegła końca. Nawrocki właśnie zignorował veto Kaczyńskiego w sprawie obsady kluczowego stanowiska, I Prezesa Sądu Najwyższego. Zamiast posłusznie odrzucić kandydaturę Kapińskiego, tego od orzeczenia w sprawie Wałęsy, Nawrocki go powołał i olał prezesika. To jest symboliczna egzekucja resztek autorytetu łapówkarza z Żoliborza. Jeszcze niedawno słowo „Kaczyński” na Nowogrodzkiej ważyło więcej niż prawo, konstytucja i jakakolwiek sprawiedliwość. Dzisiaj to już przebrzmiała legenda. Najpierw Mateusz Morawiecki wypowiedział mu posłuszeństwo. Potem dołączyli inni – marginalizowany Andrzej Duda i odchodząca Małgorzata Manowska. Razem przeforsowali swojego człowieka na najważniejsze stanowisko w sądownictwie, mimo wyraźnego oporu Kaczyńskiego. Prezes chciał blokować Kapińskiego, bo ten ośmielił się kiedyś uznać, że Wałęsa nie był „Bolkiem”. A udowadnianie, że Wałęsa to agent, to przecież dogmat i sens życia Jarosława. To jest początek detronizacji. Kiedy nawet „swój” prezydent i były premier otwarcie idą pod prąd, oznacza to jedno. Skłócony obóz złodziei z pis przestał być monolitem Kaczyńskiego. Powstała wewnątrz partii grupa na tyle silna i wpływowa, że może realizować swoją agendę mając w dupie zdanie prezesa. Resztki lojalności topnieją w oczach. Partia, która jeszcze niedawno drżała na każde skinienie prezesa, teraz patrzy, jak on przegrywa kolejne bitwy, nawet te o symbole, które sam uznał za najważniejsze. Jarosław Kaczyński stał się politycznym emerytem we własnym obozie. Ma tytuł, gabinet i wspomnienia o dawnej potędze, ale realnej władzy już nie. Jego kaprys nie waży więcej niż interesy Czarnka, Morawieckiego, Ziobry i Batyra. Jego życzenia i kaprysy są ignorowane a jego obsesje traktowane jak uciążliwe wycie. To jest koniec. Koniec człowieka, który przez lata decydował o losach prawicy jednym telefonem. Koniec systemu, w którym jedna osoba stała ponad prawem, ponad partią i ponad rzeczywistością. Teraz rzeczywistość odpłaca mu pięknym za nadobne – totalną bezradnością. #InstytutPrawdy #Polska #Polityka #Kaczyński

Prokuratura Krajowa złożyła do Sądu Najwyższego wniosek o uchylenie immunitetu sędziemu Maciejowi Nawackiemu, członkowi KRS. Śledczy chcą postawić mu zarzuty w związku z dwukrotnym kierowaniem gróźb bezprawnych wobec funkcjonariuszy publicznych. Jak poinformował rzecznik Prokuratury Krajowej Przemysław Nowak, zebrany materiał dowodowy – zeznania pokrzywdzonych, świadków, notatki urzędowe, dokumentacja procesowa oraz nagrania – „dostatecznie uzasadnia podejrzenie popełnienia przez Macieja N. dwóch czynów zabronionych”. Pierwszy zarzut dotyczy wydarzeń z 22 listopada 2023 r. w siedzibie Krajowej Rady Sądownictwa. Podczas burzliwego posiedzenia, na którym neoKRS pozytywnie opiniowała Kamila Zaradkiewicza na szefa KSSiP, sędzia Nawacki miał skierować wobec ówczesnej posłanki KO i członkini KRS Kamili Gasiuk-Pihowicz groźbę bezprawną. Według posłanki Nawacki wielokrotnie powtarzał, że „wciśnie jej uchwałę w gardło”. Gasiuk-Pihowicz mówiła później: „Biorąc pod uwagę jego zdenerwowanie, krzyki i groźby, wzbudziło to we mnie uczucie lęku”. Wezwała wówczas policję. Nawacki nazwał jej oskarżenia „haniebnymi pomówieniami” i „absurdem”, zarzucając jej wcześniej publiczne atakowanie go wpisami na X. Zapowiedział, że jeśli posłanka będzie kontynuowała „pomówienia”, wystąpi o ochronę swojej godności. Drugi zarzut dotyczy 1 października 2025 r. i wydarzeń w Sądzie Najwyższym. Podczas posiedzenia Izby Odpowiedzialności Zawodowej w sprawie immunitetu sędziego Jakuba Iwańca (tzw. afera hejterska), w której Maciej Nawacki występował jako obrońca, miał skierować groźby bezprawne wobec dwóch prokuratorów oskarżycieli publicznych, aby zmusić ich do zaniechania czynności służbowych. Prokuratura podkreśla, że do zakończenia śledztwa niezbędne jest formalne przedstawienie zarzutów Nawackiemu i przesłuchanie go w charakterze podejrzanego. Maciej Nawacki jest sędzią Sądu Rejonowego w Olsztynie i zasiadał w KRS w latach 2018–2026. Aby postawić mu zarzuty, Prokuratura musi uzyskać zgodę sądu dyscyplinarnego. Zgodnie z przepisami sąd ma na to 14 dni. #InstytutPrawdy #Immunitet #Prawo #Sąd

Kancelaria kłamców Kancelaria Prezydenta od kilku dni próbuje wmówić Polakom, że została „zaskoczona” treścią polsko-brytyjskiego Traktatu i że MSZ rzekomo nie informowało Pałacu o przebiegu negocjacji. To jawne kłamstwo, które ma jeden cel: ukryć albo nieudolność, albo cyniczną grę polityczną Andrzeja Dudy i jego najbliższego otoczenia. Ministerstwo Spraw Zagranicznych właśnie obnażyło tę fikcję. Od samego początku procesu negocjacyjnego MSZ regularnie informowało Kancelarię Prezydenta o stanie rozmów i planowanej treści dokumentu. Odpowiadano na każdą prośbę o dodatkowe dane. To nie są puste deklaracje - są konkretne fakty i daty. Jeszcze przed styczniową wizytą prezydenta Dudy w Londynie MSZ przygotowało i przekazało do KPRP specjalną, pogłębioną informację na temat Traktatu oraz całego przebiegu negocjacji. W marcu, na wyraźną prośbę Kancelarii, odbyło się spotkanie robocze na poziomie ekspertów, podczas którego przedstawiciele Pałacu zostali „szczegółowo poinformowani” o treści, celach i przebiegu prac nad Traktatem. We wtorek, w dniu decyzji Rady Ministrów, tekst Traktatu trafił do KPRP niemal równocześnie – po miesiącach wcześniejszych spotkań i wyjaśnień. Po tym wszystkim ktoś w Kancelarii ma czelność udawać, że „nic nie wiedział” i że został postawiony przed faktem dokonanym? Pytanie brzmi więc bardzo prosto: kto kłamie? Bo albo Marcin Przydacz i cała Kancelaria Prezydenta przez wiele miesięcy udawali, że nie czytają dokumentów, nie uczestniczą w spotkaniach i nie słuchają ekspertów MSZ – co świadczyłoby o zdumiewającej nieudolności i oderwaniu od rzeczywistości. Albo – co bardziej prawdopodobne – celowo budują narrację ofiary, żeby uderzyć w rząd i premiera Tuska, nawet kosztem polskiej racji stanu i wizerunku Polski za granicą. To nie pierwszy raz, gdy Kancelaria Prezydenta gra w ten sposób. Za każdym razem, gdy pojawia się ważna sprawa międzynarodowa, w Pałacu nagle włącza się tryb „my nic nie wiedzieliśmy, nas nikt nie pytał”. A potem wychodzą kolejne notatki, maile i protokoły spotkań, które dowodzą czegoś dokładnie przeciwnego. Tym razem też wyszło. Dlatego pytanie „Kto kłamie, i dlaczego Przydacz?” nie jest retoryczne. To pytanie o podstawową wiarygodność instytucji, która powinna stać na straży polskiej racji stanu, a nie na straży partyjnej wojny z rządem. Jeśli Kancelaria Prezydenta przez miesiące dostawała pełne informacje, a teraz udaje zaskoczoną – to nie jest błąd. To świadome wprowadzanie opinii publicznej w błąd. Czas, żeby Polacy poznali prawdę. Nie wersję Pałacu. Tylko fakty. A fakty są miażdżące dla Przydacza i jego przełożonych #InstytutPrawdy #Polska #Kłamstwo #Polityka