Dzieci odebrane rodzicom po ulicznej sprzeczce. Rzeczniczka Praw Dziecka oskarżana o nadużycie władzy, a jej biuro o mobbing. Po ulicznej sprzeczce z Moniką Horną-Cieślak trzy- i czteroletnie dzieci trafiły do placówki. Wcześniej policja, kurator i sąd nie widzieli podstaw do ich natychmiastowego odebrania. Sąd nakazał dzieciom wrócić do rodziców. Ocenił, że działania instytucji były rażąco nieproporcjonalne i mogą nosić znamiona przemocy instytucjonalnej. Zwrócił też uwagę na możliwość wykorzystania autorytetu urzędu do przeforsowania decyzji. To wygląda na patologię urzędniczą: człowiek dysponujący autorytetem państwa angażuje go w sprawę, w której sam uczestniczył w osobistym konflikcie. Cenę za tę ingerencję zapłaciły małe dzieci. Na tym problemy Biura RPD się nie kończą. Byli i obecni pracownicy opowiadali TVN24 o strachu, przeciążeniu i mobbingu. Jeden z byłych pracowników skierował sprawę do sądu. Państwowa Inspekcja Pracy potwierdziła nieprawidłowości dotyczące czasu pracy. Zarzuty mobbingu wymagają rozstrzygnięcia; rzeczniczka im zaprzecza. Osoby sprawujące tak wrażliwe funkcje powinny podlegać rzetelnej ocenie predyspozycji psychicznych i emocjonalnych do wykonywania obowiązków. Każdy wiarygodny sygnał o nadużywaniu władzy lub krzywdzeniu podwładnych powinien uruchamiać niezależną ocenę, czy dana osoba nadal powinna zajmować stanowisko. Nie jest to diagnoza Moniki Horny-Cieślak. To standard, którego powinniśmy wymagać od urzędników mających realny wpływ na życie rodzin. Prokuratura powinna zbadać okoliczności odebrania dzieci, a zarzuty dotyczące pracy w biurze muszą zostać wyjaśnione. Monika Horna-Cieślak powinna odejść z urzędu. Rzecznik Praw Dziecka nie może być źródłem strachu przed państwem. #PrawaDziecka #Mobbing #PrzemocInstytucjonalna





