Kupiłem, zjadłem i jestem w szoku jak jednym, prostym trikiem Żabka zawróciła w głowie tylu osobom nieszczególnie tanim produktem. I mało tego, moim zdaniem, to nie pizza gra tu pierwsze skrzypce. Proces zakupu pizzy w restauracji to minimum godzina (iść, zamówić, dostać, wrócić lub alternatywnie: zamówić na uberze, zaczekać na dostawę, zjeść). Proces zrobienia pizzy mrożonej w piekarniku to przynajmniej kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt minut: często w piecu coś trzymamy, wyjąć, poukładać, nagrzać piec. Proces otrzymania gotowego, ciepłego dania pt. pizza w Żabce to podejście do sklepu (stąd kluczowe, że są wszędzie, w obrębie kilku minut maks) i podanie pani w kasie. Pani nastawia maszynę na 2:30 i pizza gotowa. Sama pizza ma może lepszy skład niż Giuseppe Oetkera, ale w podobnej/czasem niższej cenie można znaleźć porównywalne produkty w każdym Lidlu. Rzecz w tym, że do nich potrzeba piekarnika (lub mikrofali, ale ucierpi jakość). Sekretem - oczywiście moim zdaniem - jest PIEC w każdej Żabce, a nie sama pizza. Ten przygotowuje danie błyskawicznie i skutecznie, do tego powtarzalnie. Sam placek jest w smaku po prostu ok, znów na poziomie porównywalnym z innymi mrożonkami. Do tego wielkościowo nie jest to duża porcja - wziąłem pepperoni, ale umówmy się, że w żadnej pizzerii przez ostatnie kilka lat nie dostałem tak niewielkiego placka (inna sprawa, że za 25% więcej płacimy w knajpie 100% więcej, ale nie o tym ta dyskusja teraz). Nie jest to wada, porcja jest wystarczająca, a w tej cenie jak coś można dwie sztuki zjeść. To jest po prostu doskonale skrojony, wręcz brzydko mówiąc skalibrowany produkt, który hiperskutecznie trafia do mas. Ale będę bronił tezy, że nie o pizzę tu chodzi. Piec wygrywa i dlatego to tak kochany produkt. PS Pepsi piernikowa polecanko #pizza #Żabka #jedzenie