Nie trzeba kłamać 🧵 Mam 45 lat i pamiętam jeszcze czasy, kiedy informacja miała wagę. Nie dlatego, że media zawsze mówiły prawdę. Nie mówiły. Manipulowały, przemilczały, miały swoje sympatie i popełniały błędy. Ale dziennikarze byli inni. I myślę, że nie ma sensu udawać, że często nie byli po prostu lepsi. Nie dlatego, że byli lepszymi ludźmi. I nie dlatego, że każdy z nich kończył dziennikarstwo. Ten zawód wymagał jednak wiedzy, języka, oczytania, elokwencji, umiejętności zadawania pytań i rozumienia świata, o którym się opowiadało. Żeby znaleźć się w dużej redakcji, trzeba było coś umieć. Sam fakt posiadania opinii nie czynił jeszcze z nikogo dziennikarza. Można było nie zgadzać się z Janiną Paradowską. Można było nie podzielać jej ocen. Ale kiedy pisała, było widać warsztat. Miała język, styl, ironię i ogromną pamięć polityczną. Nie tylko opisywała wydarzenia. Potrafiła je ze sobą łączyć, pamiętała, co było wcześniej, i rozumiała, z czego wynika to, co dzieje się dzisiaj. Kiedy rozmawiała z politykiem, wiedziała, z kim rozmawia. Znała jego wcześniejsze deklaracje, rozumiała instytucje i wiedziała, o co zapytać. Była przygotowana. I właśnie takich ludzi mam na myśli, kiedy mówię, że dziennikarze byli inni. Nie byli nieomylni ani bezstronni. Byli po prostu zawodowcami. Żeby znaleźć się w dużej redakcji, nie wystarczyło mieć mikrofon, telefon i opinię. Dzisiaj właściwie każdy może nazwać się dziennikarzem. I nie piszę tego z pogardą dla internetu. Sama korzystam z tego, że nie potrzebuję redakcji, żeby coś napisać i dotrzeć z tym do ludzi. To jedna z największych wolności, jakie dała nam technologia. Tyle że zniknięcie bramki nie sprawiło, że wszyscy staliśmy się dziennikarzami. Sprawiło, że wszyscy dostaliśmy możliwość publikowania. To nie jest to samo. Kiedyś informacja miała też opakowanie. Gazeta miała pierwszą stronę, kolejne działy, komentarz był komentarzem, wiadomość wiadomością, a reklama reklamą. W telewizyjnym dzienniku ktoś decydował, że jedna rzecz otwiera wydanie, inna dostaje trzy minuty, a jeszcze inna dwadzieścia sekund albo nie pojawia się wcale. Można było się z tym wyborem nie zgadzać. Czasem był fatalny. Ale sama konstrukcja mówiła odbiorcy: to jest ważne, to mniej, a to jest tylko dodatkiem. Dzisiaj wojna, śmierć, reklama kremu, kot, polityczna awantura, promocja butów i wiadomość o katastrofie pojawiają się na tym samym ekranie. Wszystko ma podobny rozmiar. Wszystko przesuwamy tym samym ruchem kciuka. Jedna rzecz znika i natychmiast pojawia się następna. Informacja straciła opakowanie, które mówiło nam, ile waży. To jest dla mnie jedna z największych zmian, jakie zaszły w mediach. Dawniej ktoś tę wagę próbował ustalić za nas. Redaktor, wydawca, dziennikarz. Oczywiście mógł się mylić, mógł manipulować, mógł czegoś nie pokazać. Dzisiaj dostaliśmy dostęp do niewyobrażalnie większej liczby informacji, ale razem z nim dostaliśmy obowiązek, do którego nikt nas specjalnie nie przygotował: sami mamy zdecydować, co jest ważne, co prawdziwe, co warte uwagi, skąd pochodzi i czego w tym obrazie brakuje. Tyle że większość z nas nie siada rano z kawą i planem przeprowadzenia śledztwa nad każdą rzeczą, którą zobaczy w telefonie. Patrzymy przez kilka sekund. Czytamy nagłówek. Oglądamy fragment filmu. Czasem komentarz. Jedziemy dalej. Kahneman opisywał dwa sposoby naszego myślenia. Jeden szybki, automatyczny, działający niemal bez wysiłku. Drugi wolniejszy, wymagający uwagi i pracy. Internet jest środowiskiem stworzonym dla tego pierwszego. Nie dlatego, że ludzie nagle zgłupieli. Po prostu nie da się przez kilka godzin dziennie analizować każdej informacji tak, jakbyśmy przygotowywali pracę naukową. Mózg szuka skrótów, bo musi. A jednym z takich skrótów jest znajomość. Coś, co widzieliśmy już wiele razy, zaczyna brzmieć bardziej prawdopodobnie. Psychologia zna to zjawisko od dawna. Powtarzane twierdzenie może z czasem wydawać się bardziej prawdziwe tylko dlatego, że jest nam już znajome. 1/n⬇️ #dziennikarstwo #media #informacja


