Jest wiele stresujących zawodów na świecie, ale od lat najbardziej stresującym jest bez wątpienia bycie prezesem PSLu. Budzisz się rano, sprawdzasz sondaże, a tam wciąż 2.3% (Hołownia, jak ja cię kurwa nienawidzę), przy śniadaniu siadasz do laptopa i z nadzieją sprawdzasz czy to już ten dzień, kiedy powstała nowa, świeża partia dla wyborców zawiedzionych POPiSem, pod którą będziecie mogli się podczepić i na jej barkach doczłapać się do Sejmu. To nie ten dzień - no tak, chuj ci w dupę. Nawet nie chcesz otwierać głównej strony Onetu czy Newsweeka - tylko modlisz się w duchu, żeby to nie była twoja kolej na czołganie przez zaprzyjaźnione z Donaldem media (tym razem padło na Lewicę, chociaż tyle). Skoro o wilku mowa - dzwoni Donald i coś tam pierdoli o nowym wspaniałym pomyśle, który jest tylko trochę złamaniem prawa, ale za to ty, jako minister będziesz miał się okazję pod nim podpisać. Potem już z górki: przez cały dzień lawina telefonów i maili od kuzynów, krewniaków, pociotków, ciotek, braci i dzieci twoich działaczy. To przypomina ci o co tak naprawdę toczy się walka, jaka odpowiedzialność spoczywa na twoich barkach: los kilkudziesięciu tysięcy osób obsadzonych po całym kraju jest w twoich rękach. Nie możesz zawieść, nie możesz się teraz poddać. Wieczorem, zmęczony po całym dniu zerkasz na kalendarz, wzdychasz ciężko, bierzesz telefon do ręki, wybierasz z obrzydzeniem numer. Dzwonisz. - Biuro Pauliny Hennig Kloski, w czym mogę pomóc? - Dzień dobry - odpowiadasz, a głos ci nawet nie drgnie; teraz jesteś tygrysem - proszę przekazać Pani Prezes, że chętnie porozmawiam o tej koalicji wyborczej z jej ugrupowaniem. Momentalnie przerywasz rozmowę. Pojedyncza łza spływa po twoim policzku, Wincenty Witos z poważną miną spogląda na ciebie z obrazu na ścianie. Świadkami twojej walki są jedynie on, Bóg oraz historia. I kolejny siwy włos na twojej skroni. #polityka #PSL #stres
