BETA nonprofit public democratic european moderated

Search

#zapytał

Maja Chwalińska & Magda Linette, what a duo 🫂 Paweł Kuwik: - Wielkie gratulacje za wiele rzeczy. Po pierwsze, wyeliminowałyście mistrzynie Wimbledonu z tego roku. Po drugie - wiem, że ciężko jest zawsze pozbierać się po przegranych meczach w singlu. Wy się pozbierałyście, jesteście zwycięskie i za to ogromne gratulacje. Maja Chwalińska: - Dziękujemy bardzo. Dla mnie to była wielka przyjemność grać z Magdą. To był nasz pierwszy debel i na pewno nie ostatni. Chyba nie usnę dzisiaj. Bardzo się cieszę. I faktycznie, pokonałyśmy świetne zawodniczki. Przez to jeszcze bardziej się cieszę. Paweł Kuwik: - Co dzisiaj było drogą do sukcesu, tym kluczem? Bo nie jest się łatwo podnieść z takimi zawodniczkami po przegranym tie-breaku w pierwszym secie. Magda Linette: - Myślę, że przede wszystkim nasze tenisy się tak fajnie uzupełniają. Maja gdzieś tam jest w stanie troszkę więcej zrobić na siatce. Myślę, że ja mam troszkę więcej siły z serwisu. Więc fajnie się uzupełniamy. Czegoś tam może minimalnie brakuje, druga to fajnie uzupełnia. Myślę, że to było bardzo fajne i to też sprawiało trudność przeciwniczkom. Paweł Kuwik: - Było bardzo trudno, trudno czy znośnie, żeby się zebrać na ten debel? Tak szczerze. Maja Chwalińska: - Dla mnie było trudno. Miałam już jednak kilka dni, żeby ochłonąć. Magda było bardzo świeżo po swoim meczu, tak że zapytałam się czy żyje dzisiaj (śmiech). Paweł Kuwik: - Żyjesz? Żyjesz (śmiech). Magda Linette: - Żyję. Powiedzmy sobie szczerze, to nie pierwsza moja porażka tutaj (śmiech). Myślę, że to jest najważniejsze, żeby gdzieś tam się zebrać, wyjść i zagrać najlepiej, jak możemy. Wiedziałam, że będę musiała dzisiaj wyjść i naprawdę wznieść się na jakieś wyżyny swojej pewności siebie. Fajnie, że miałam Maję, która jest bardzo spokojna. Ja jestem bardziej emocjonalna, więc myślę, że znowu fajnie się uzupełniałyśmy i myślę, że tego mi było potrzeba. 📸 Eurosport | #USOpen | #zkortu #USOpen #tenis #sport

Drugiego dnia szkoły zadzwoniła wychowawczyni mojego syna. Godzina 10:43. Nie lubię telefonów ze szkoły przed południem. O tej porze placówka edukacyjna powinna przekazywać dziecku wiedzę, a nie generować zadania operacyjne dla rodzica. - Czy może pan dzisiaj przyjść na rozmowę? - zapytała. - W jakiej sprawie? - Chodzi o zachowanie pańskiego syna na lekcji. - Co zrobił? Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy. - Wolałabym porozmawiać osobiście. Nie lubię takich odpowiedzi. - Czy sprawa jest pilna? - Kilkoro dzieci płakało. Odłożyłem długopis. - Czy syn kogoś uderzył? - Nie. - Obraził? - To zależy, jak rozumiemy obrażanie. Czyli nie. Pojechałem. Wychowawczyni czekała w sali. Syn siedział obok. Spokojny. Ręce na kolanach. Przed nim leżała kartka w kratkę pokryta liczbami. Usiadłem. - Co się wydarzyło? Pani westchnęła. - Dzisiaj dzieci rozmawiały o wakacjach. Jedni byli w Hiszpanii, inni w Grecji, ktoś w Turcji, ktoś na Malediwach... Klasyczny błąd. Pierwszy tydzień szkoły. Zamiast od razu wejść w matematykę, język polski i nauki przyrodnicze, nauczyciele uruchamiają dzieciom publiczny przegląd statusu majątkowego rodziców. - I kilkoro dzieci zaczęło się śmiać z pana syna, że on nigdzie nie był za granicą. Spojrzałem na niego. - Śmiali się? Syn wzruszył ramionami. - Trochę. - Co im odpowiedziałeś? - Najpierw nic. Dobrze. Nie należy reagować na pierwszą rynkową prowokację. - A później? - Potem zapytałem jednego chłopaka, ile kosztował ich wyjazd do Grecji. Wychowawczyni zamknęła oczy. Jakby już znała dalszy ciąg i nadal nie potrafiła go zaakceptować. - Powiedział, że nie wie, więc zapytałem, ile osób, czy na własną rękę i ile mieli posiłków. Podał mi wszystkie dane, a ja oszacowałem koszt. Popatrzyłem na kartkę. Na górze widniał napis: „Niewykorzystany potencjał kapitałowy klasy”. Poniżej tabela. Kraj. Liczba osób. Liczba dzieci. Szacowany koszt jednego wyjazdu. Częstotliwość. Hipotetyczna wartość inwestycji. Musiałem przyznać, że układ dokumentu był przejrzysty. Brakowało tylko źródeł danych i daty sporządzenia. - Przyjąłem, że taki wyjazd kosztował około czternastu tysięcy złotych - wyjaśnił syn. - I powiedziałeś to koledze? - zapytała wychowawczyni. - Najpierw zapytałem, czy jeżdżą tak co roku. - I co odpowiedział? - Że prawie co roku. - Co znaczy „prawie”? - wtrąciłem. - Dlatego dopytałem. Spojrzał na swoją kartkę. - Siedem razy w ciągu ostatnich ośmiu lat. - Następnie założyłem, że zamiast wydawać czternaście tysięcy rocznie, rodzice mogliby inwestować te pieniądze w szeroki ETF - kontynuował. - Przy założonej średniej stopie zwrotu wartość portfela wynosiłaby dzisiaj około stu trzydziestu tysięcy złotych. - Jakiej stopy użyłeś? - Osiem procent. Zmarszczyłem brwi. - Po podatku? - Nie. - Następnym razem zaznacz założenia. - Dobrze. Wychowawczyni spytała się: - Czy pan uczy syna takich rzeczy? - Uczę go, że każda decyzja ma koszt alternatywny. Pani zacisnęła usta. - Pan uważa, że to jest w porządku? Zastanowiłem się. - Zależy, co powiedział później. - Powiedziałem, że jeżeli ktoś co roku wydaje kilkanaście tysięcy na wakacje, a potem mówi dziecku, że nie ma pieniędzy na mieszkanie na start albo edukację, to nie jest problem dochodów, tylko alokacji kapitału – odpowiedział syn. Pani uniosła głowę. - Właśnie o tym mówię. - Ale to jest prawda - powiedział młody. - Nie chodzi o to, czy to jest prawda! Syn spojrzał na mnie. Ja spojrzałem na niego. To było jedno z tych zdań, po których człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego edukacja finansowa w Polsce wygląda tak, jak wygląda. Pani próbowała tłumaczyć: - Dzieci mają prawo opowiadać o wakacjach. Nie powinieneś ich zawstydzać. - Ja ich nie zawstydzałem. - Powiedziałeś Mai, że jej rodzice „sprzedali 30 lat procentu składanego za zdjęcie z palmą”. Ona zaczęła płakać. - Bo zrozumiała procent składany. - Nie. Zaczęła płakać, bo powiedziałeś jej, że rodzice zabrali jej sto czterdzieści tysięcy złotych. Musiałem interweniować. - Proszę pani, oczywiście rozumiem, że forma mogła być zbyt bezpośrednia. Syn spojrzał na mnie zaskoczony. Podniosłem lekko rękę. Jeszcze nie skończyłem. - Ale nie możemy też udawać, że decyzje konsumpcyjne nie mają kosztu alternatywnego tylko dlatego, że robimy je w lipcu. Pani patrzyła na mnie nieruchomo. - Ja naprawdę nie chcę teraz prowadzić rozmowy o inwestowaniu. - Ja też nie. Wychowawczyni westchnęła. - Chcę, żeby pański syn przeprosił klasę. Spojrzałem na niego. On spojrzał na mnie. - Za co konkretnie ma przeprosić? - zapytałem. - Za ocenianie rodziców innych dzieci. Syn się wtrącił: - Ale nie oceniałem wszystkich negatywnie. Przesunął palcem po tabeli. - Rodzice jednej dziewczynki pojechali pod namiot w Polsce. Koszt był niski, byli razem przez dwa tygodnie, a ona nauczyła się pływać kajakiem. Zaznaczyłem ich jako efektywnych kosztowo. Nauczycielka była już zrezygnowana i powiedziała tylko: - Proszę z nim porozmawiać. Kiedy wyszliśmy na korytarz, syn zapytał: - Mam ich przeprosić? Spojrzałem na niego. - Za to, że nie przedstawiłeś dokładnych założeń. - A za resztę? - Nie. Skinął głową. - A jutro mogę im pokazać, ile kosztują coroczne wakacje przez dziesięć lat przy założeniu średniorocznej stopy zwrotu w kilku wariantach? Zastanowiłem się. - Możesz. Przerwa. - Ale uwzględnij inflację. #FIRE #edukacja #finanse #rodzicielstwo

Wtedy i dziś … Równo 25 lat temu rozpocząłem pracę w administracji publicznej. Wtedy, w oddziale Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu na stanowisku archiwisty. Dziś, u boku Prezydenta RP Karola Nawrockiego. Gdyby ktoś mnie zapytał czy wybrałbym inaczej odpowiedziałbym, że nic bym nie zmienił. Gdy praca jest pasją, sprawia radość i satysfakcję to czego chcieć więcej? Przez te wszystkie lata spotkałem na swojej drodze zawodowej mnóstwo wspaniałych ludzi. Życzliwych, kompetentnych i odpowiedzialnych. Dziękuję Wam za każde dobre słowo, uśmiech czy pomocną dłoń. Za konstruktywną krytykę, motywację oraz wyznaczanie celów. Za to, że byliście, jesteście i będziecie❤️🇵🇱 #Praca #Wspomnienia #Administracja

Oto dlaczego jestem teraz posłem niezrzeszonym. Nie rozumiem, jak można tak ślepo lekceważyć nierówność tylko dlatego, że dotyka mężczyzn. "Orientuj Się" zapytało polityków KO i związanych z tym środowiskiem o równy wiek emerytalny. Oto odpowiedzi. Krzysztof Kwiatkowski: kobiety powinny mieć niższy wiek emerytalny. Czyli mężczyzna ma czekać na emeryturę pięć lat dłużej tylko dlatego, że jest mężczyzną, choć żyje średnio ponad siedem lat krócej? Polska jako jedyna w UE utrzymuje różny wiek bez harmonogramu zrównania. Ten system dyskryminuje mężczyzn i skazuje kobiety na niższe świadczenia. Adam Szłapka: zmian nie potrzeba. Około co piąty mężczyzna nie dożywa 65. roku życia. Jeśli rzecznik rządu nie widzi tu problemu, to stał się rzecznikiem niesprawiedliwego status quo. Patryk Jaskulski: trzeba rozmawiać. Rozmawiamy od lat. KO podobno „robi, nie gada”. Gdzie projekt, data i harmonogram? „Trzeba rozmawiać” to unik, nie stanowisko. Sławomir Nitras: zapytajmy kobiety. A mężczyzn, których państwo zmusza do pięciu dodatkowych lat pracy, już nie? O obowiązkach jednej połowy społeczeństwa nie może decydować wyłącznie druga połowa. Alicja Łepkowska-Gołaś: obecny wiek jest dobry, ale kobiety powinny dostawać wyższe emerytury. Mniej lat składek, więcej lat pobierania świadczenia i jeszcze wyższa emerytura? Matematyki nie da się przegłosować. Można tylko stworzyć kolejny przywilej finansowany także przez gorzej traktowanych mężczyzn. Monika Rosa: zrównajmy wiek, gdy odciążymy kobiety od opieki. Opieka jest realnym problemem, ale obecny system w ogóle nie sprawdza, kto ją wykonuje. Bezdzietna kobieta może przejść na emeryturę w wieku 60 lat. Ojciec opiekujący się dzieckiem z niepełnosprawnością zasadniczo czeka do 65. Wspierajmy faktycznych opiekunów bez względu na płeć. Nie uzależniajmy równości od tego, kto w domu gotuje, pierze i opiekuje się bliskimi. To nie jest atak na kobiety. To obrona kobiet przed niskimi świadczeniami i mężczyzn przed późniejszym dostępem do emerytury. Równy wiek dla wszystkich, wprowadzany stopniowo. Wcześniejsza emerytura za staż, ciężką pracę, stan zdrowia lub faktyczną opiekę, a nie za płeć. Równość albo jest dla wszystkich, albo jest tylko partyjnym sloganem. #Równość #Emerytury #Polityka

Dwa lata temu dostałem czajnik. Z paragonem w środku. 179 zł. Dobry. Markowy. Bez żadnych udziwnień. Gotował wodę. Trzy tygodnie przed końcem gwarancji zaczął dziwnie działać przycisk. Nie zepsuł się całkowicie. Trzeba było po prostu nacisnąć go pod odpowiednim kątem. Przeciętny konsument powiedziałby: „Jeszcze działa.” Ja następnego dnia byłem w sklepie. Czajnik w pudełku. Paragon. Karta gwarancyjna. Wszystko. Lubię dokumentację. Dokumentacja oddziela ludzi posiadających prawa od ludzi, którym wydaje się, że coś im się należy. Podchodzę do punktu obsługi. Przede mną mężczyzna. Bez paragonu. Tłumaczy, że kupił słuchawki „jakoś na wiosnę”. Pracownica pyta: - Ma pan potwierdzenie płatności? - Chyba gotówką płaciłem. Spojrzałem w bok. Rynek już podjął decyzję. Po siedmiu minutach przyszła moja kolej. Postawiłem pudełko. - Dzień dobry. Przycisk uruchamiający urządzenie nie funkcjonuje prawidłowo. Nie powiedziałem: „Czasami ciężej się wciska.” Słowa mają znaczenie. „Ciężej się wciska” brzmi jak problem człowieka. „Nie funkcjonuje prawidłowo” brzmi jak problem produktu. Pracownica obejrzała. Nacisnęła. Czajnik się włączył. Patrzy na mnie. - Działa. Byłem przygotowany. - Proszę nacisnąć jeszcze dziesięć razy. Nacisnęła. Raz. Dwa. Trzy. Przy siódmym nie zaskoczył. Cisza. Nie uśmiechnąłem się. Przy przewadze dowodowej trzeba zachować pokorę. - Faktycznie - powiedziała. Wypełniliśmy formularz. Numer zgłoszenia zapisałem od razu w telefonie. Zrobiłem zdjęcie dokumentu. Potem drugie. Jedno trzymam lokalnie. Drugie w chmurze. Nie popełnia się dwa razy tego samego błędu, jeśli nigdy nie popełniło się go pierwszy raz. Po kilkunastu dniach dostałem informację, że urządzenie nie będzie naprawiane. Wymiana. Wróciłem do domu i tego samego wieczoru zrobiłem audyt. Wyciągnąłem segregator. Nie było tego dużo. Buty. Jeszcze osiem miesięcy. Kurtka. Rok i trzy miesiące. Odkurzacz. Pięć tygodni. Zatrzymałem się. Pięć tygodni to nie jest dużo. Przeprowadziłem pełny test techniczny. Ssanie prawidłowe. Rura prawidłowa. Kabel prawidłowy. Koła... Jedno przednie koło przy skręcie w lewo lekko piszczało. Bardzo lekko. Żona weszła do pokoju. Zobaczyła mnie, jak od pięciu minut jeżdżę odkurzaczem w kółko po panelach. - Co ty robisz? - Diagnostykę. - Przecież działa. Spojrzałem na nią. Potem skręciłem odkurzaczem w lewo. „Piiik.” Spojrzałem znowu. - Nieprawidłowo. Następnego dnia odkurzacz stał już przy drzwiach. W oryginalnym pudełku. Z paragonem. Żona zapytała: - Ty naprawdę będziesz reklamował odkurzacz, bo kółko piszczy? - Ja po prostu zarządzam ryzykiem przed wygaśnięciem ochrony kapitału. Nie odpowiedziała. Nie każdy jest stworzony do zarządzania aktywami. #FIRE #zakupy #reklamacja #konsumpcja

LEKKA ZADYMA U WOJEWÓDZKIEGO Kuba Wojewódzki zapytał Filipa Chajzera, czy był „pod wpływem środków”, gdy mówił, że Karol Nawrocki to jego prezydent. Chajzer nie wytrzymał: „To jest bardzo chu*owy żart, Kuba, to jest poniżej krytyki. To prezydent kraju, w którym żyjesz”. Gdy Wojewódzki odparł, że Nawrocki nie jest jego prezydentem, bo na niego nie głosował, Chajzer uciął: „Masz polski paszport? No to zmień obywatelstwo…” źródło: https://t.co/uDQDXZVhH4 Kuba Wojewódzki / HBO #KubaWojewódzki #FilipChajzer #Polityka

Venek 2d

Kuba Wojewódzki zapytał Filipa Chajzera, czy ten "był pod wpływem środków, jak twierdził, że Karol Nawrocki to jest jego prezydent" Chajzer: "Ale to jest bardzo chu*owy żart. Nie, nie, nie, to jest tak chu*owe, Kuba, że, ku*wa, to jest poniżej krytyki." "Opowiadam ci bardzo poważne rzeczy, które są naprawdę na pograniczu bardzo dużej odwagi na temat rozmowy o życiu i śmierci. (…) Po pierwsze: to jest prezydent kraju, w którym żyjesz, tak więc hola hola. (…) Po drugie: deprecjonujesz coś, w co wkładam bardzo dużo serca, opowiadając ci o tym i mając do ciebie bardzo dużo zaufania" Wojewódzki: "Próbuję zrozumieć, czy były sytuacje, kiedy padały w twoim życiu deklaracje – tak jak były pewne zachowania – których dzisiaj byś nie powtórzył. Rozumiem, że to jest cały czas, według ciebie, najlepszy prezydent po '89 roku?" Chajzer: "Rozmawiasz z facetem, który życzył powodzenia w prezydenturze wybranemu w pięcioprzymiotnikowych wyborach prezydentowi Polski, kropka" Później Wojewódzki dopytywał Chajzera, czy nadal uważa Karola Nawrockiego za swojego prezydenta. Chajzer: "Jest też twoim prezydentem." Wojewódzki: "Nie, moim nie jest, nie głosowałem na niego" Chajzer: "Masz polski paszport? Pokolenia walczyły o demokrację w Polsce. Rozbiory, powstanie warszawskie, Solidarność... Ludzie życie oddawali za to, żebyś mógł pójść na wybory, Kuba!" Wojewódzki: "Mogłem pójść na wybory i mogę się nie zgodzić z wolą większości, bo jestem solistą i indywidualistą" Chajzer: "Tak, ale to jest twój prezydent" Wojewódzki: "Okej, to jest prezydent tego kraju, ale nie jest moim prezydentem" Chajzer: "No, to zmień obywatelstwo..." #Polska #debatapubliczna #prezydent

Uczestnik Campusu Trzaskowskiego zapytał Włodzimierza Czarzastego: "co zrobić, żeby komuniści nie kojarzyli się ze stalinizmem lub reżimem". Marszałek Czarzasty odpowiedział, że "by to odczarować, trzeba czarować". I dodał: "Niech pan popatrzy na mnie". Kino. Absolutne kino. https://t.co/ZD8349P2qK #Polska #Polityka #Film

Żabson spotkał na siłce swoich fanów, z którymi zrobił trening. informując, że po siłce jedzie grać w Grudziądzu. Ziomki przyznały że mają kumpla co jest jego OG fanem i też tam jedzie więc… Żaba zapytał czy może z nim. Pojechali w 5-tkę Audi A3 + wziął ich na scenę i back. https://t.co/msagluOKTq #Żabson #trening #muzyka

Piegziu 5d

Na pierwszym roku prawa miałem przedmiot "Łacina dla prawników", który prowadziła legenda wydziału (jak się później dowiedziałem), czyli dr Ireneusz Żeber. To był dosłownie pierwszy tydzień studiów, może czwarte lub piąte zajęcia. Dr Żeber na pierwszy rzut oka wydawał się sympatycznym dziadkiem, takim na luzie, co nie do końca ogarnia, co się dzieje w klasie. Ćwiczenia zaczęliśmy od alfabetu łacińskiego i prawidłowej wymowy fonemów. No i dr Żeber wyjaśnił wszystko, dodając mimochodem komentarz, że w cyrylicy jest więcej liter. "No kiedyś wszyscy znali te litery, nawet obudzeni o trzeciej w nocy, ale dzisiaj już w szkołach nie bardzo stawia się na naukę rosyjskiego." Nie wiem, co mi wtedy odjebało, ale powiedziałem do kumpla obok: "No i na całe szczęście." No i miałem pecha, bo dr Żeber to usłyszał. Popatrzył na mnie spod łba. Zawiesił się w połowie zdania. "A Pan dumny ze swojej ignorancji? Po co Pan studiuje, skoro Pana nic nie interesuje?" Zacząłem przepraszać. Serio, zrobiło mi się głupio, ale on nie dał za wygraną. Jechał po mnie przy wszystkich przez dosłownie 20 minut, że jestem tępy, ograniczony, że nigdzie nie zajdę, że w sumie mogę wyjść z klasy i rzucić studia, bo to dla mnie za duże wyzwanie. xD Spuściłem głowę i siedziałem jak spłoszony kurczak w oczekiwaniu na kąpiel w rosole. Po zajęciach jeszcze raz go przeprosiłem. Wydawało mi się, że trudno. Okazało się, że "trudno" to dopiero miało być. No i tak przez cały semestr potulnie chodziłem na zajęcia z łaciny. Przy każdym wywołaniu do zadanka, a wyjątkowo o mnie pamiętał, dostawałem błyskawicznego plaskacza na twarz, że "teraz Pan ignorant", "ten Pan, co jest dumny ze swojej niewiedzy", "Pan, co nienawidzi rosyjskiego". No i dukałem te formułki łacińskie, a on mnie poprawiał przy wszystkich. Zawsze było źle. Za wolno. Za szybko. Zły akcent. Zła wymowa. Źle przetłumaczyłem. Źle deklinowałem. No, cały byłem źle. Na przedostatnich zajęciach przed kolokwium rzucił jakimś zdaniem po francusku w tłum i zapytał, czy ktoś wie, co ono znaczy. Zgłosiłem się i powiedziałem. Był w szoku, że wiedziałem. Był jeszcze bardziej w szoku, gdy dowiedział się, że znam francuski z domu. Potem po zajęciach jeszcze mnie sprawdzał, ale tutaj nie miał wątpliwości. Poszedłem na kolokwium. Zadał mi dwa proste pytania. Poprosił o indeks. Zasłonił ręką. Wpisał ocenę. Kazał otworzyć dopiero po wyjściu z gabinetu. Trója. Potem, jak dostałem się na doktorat, często się mijaliśmy na korytarzu, bo gabinet doktorantów był piętro wyżej. Zawsze kłanialiśmy się sobie z uśmiechem. Czasami robiliśmy small talki. Nikt nie chował urazy. Ale też nie oszukujmy się. Zapewne żaden z nas nie zapomniał o tej unikalnej przygodzie zapoczątkowanej jednym komentarzem na temat rosyjskiego. ( ͡° ͜ʖ ͡°) #studia #łacina #nauka

ODKLEJONE ELITY Tomek przed chwilą mnie zapytał co ma napisać na belce – to co widzicie mniej więcej na wysokości mojego krawata, jaki jest temat rozmowy. Ja mu powiedziałem: „dlaczego odklejone elity z Warszawy nie widzą co się dzieje poza Warszawą?” Tomek mówi, nie wypada „odklejone”. No nie wypada, ale ja to mogę powiedzieć. #PunktWidzeniaJankowskiego @PolsatNewsPL #Elity #Warszawa #Polityka

Gdyby ktoś mnie zapytał o największą pozytywną niespodziankę początku sezonu Ekstraklasy, to bym chyba odpowiedział, że Jordi Sanchez z Wisły Kraków. Wiadomo jak to wyglądało w 1. lidze, a tu mamy 6 meczów i 6 goli. Top zaskoczenie i zdecydowane prowadzenie wśród strzelców. #Ekstraklasa #WisłaKraków #JordiSanchez

I asked the European Commission why it overlooks racism against whites in the fight against racism. It did not answer directly. Instead, it wants to fight against "structural racism," although that term has not been explained anywhere. This will not be an obstacle to internet censorship and new regulations... (translated)

MEN właśnie zaprezentowało nową metodę rozwiązywania problemów: Najpierw nazwij problem ideologia. Potem przez siedem miesięcy przygotowuj odpowiedź. Na końcu odpowiedz na pytanie, którego nikt nie zadał. Gotowe. Problem rozwiązany. Zostało tylko dziecko. Cała sprawa zaczęła się 4 stycznia. Sekretarz stanu w MEN Katarzyna Lubnauer stwierdziła w Radiu ZET, że „alienacja rodzicielska to ideologia”. Zapytałem więc o konkretne zachowania - celowe, uporczywe i bezpodstawne odcinanie dziecka od rodzica, który nie stanowi dla niego zagrożenia. Nie pytałem, czy alienacja rodzicielska jest chorobą, zespołem ani diagnozą medyczną. Po dokładnie siedmiu miesiącach MEN odpowiedziało, że alienacja rodzicielska nie jest diagnozą medyczną. Dziękuję. To bardzo interesująca odpowiedź na pytanie, którego nie zadałem. Przemoc szkolna również nie jest jednostką chorobową. Czy to oznacza, że jej nie ma? Dziecko cierpiące z powodu przemocy zapewne natychmiast poczuje ulgę, gdy dowie się, że problem nie posiada własnego kodu w ICD. Zadałem 11 konkretnych pytań. Ani jedno nie otrzymało pełnej odpowiedzi. Pięć pominięto całkowicie. MEN nie wyjaśniło, czy słowa Katarzyny Lubnauer są oficjalnym stanowiskiem resortu. Nie wskazało procedur dla szkół, szkoleń dla kadry ani konkretnych zasad dostępu obojga rodziców do informacji o dziecku. Na pytanie o odpowiedzialność Katarzyny Lubnauer odpowiedziała sama Katarzyna Lubnauer. Kontrola jakości metodą: sprawdziłam sama siebie, uwag nie stwierdzono. Największy absurd widać jednak po spojrzeniu na działania Ministerstwa Sprawiedliwości. Ten resort potrafił wyjść poza spór o nazwę. Przygotował rozwiązania mające zapobiegać izolowaniu dziecka od jednego z rodziców, chronić jego więź z mamą i tatą oraz przeciwdziałać zrywaniu relacji podczas przewlekłych postępowań. Jednocześnie jasno wyklucza takie rozwiązania w sytuacji przemocy lub zagrożenia dobra dziecka. Czyli w jednym rządzie Ministerstwo Sprawiedliwości dostrzega konkretne zachowania i próbuje na nie odpowiedzieć, a MEN nadal bohatersko walczy ze słowem. Największa ironia? Sekretarz stanu nazywa problem ideologią, sama patrząc na niego przez ideologiczne okulary. Gdy rzeczywistość nie mieści się we własnej bańce, najłatwiej uznać, że to rzeczywistość jest błędna. Tylko że na końcu nie ma definicji, przypisu ani ministerialnego pisma. Jest dziecko, które traci więź z mamą albo tatą. Jest bezpieczny rodzic usuwany z jego życia. Jest szkoła pozbawiona jasnych zasad. Są nauczyciele wplątywani w konflikt. I jest państwo, które przez siedem miesięcy przygotowywało odpowiedź nie na temat. W interpelacji ponownej żądam dodatkowych wyjaśnień. Nie oczekuję od MEN wpisania alienacji rodzicielskiej do klasyfikacji chorób. Oczekuję, że resort wreszcie wyjdzie z własnej bańki i zauważy dziecko. #walczsercem #szkola #stopalienacji #edukacja #dzieci #przemoc

Firma planuje zrobić nam integrację we wrześniu. Plan jest prosty. Najpierw mamy gdzieś pojechać i ścigać się jakimiś starymi samochodami po torze. Potem hotel. Kolacja. Nocleg. Rano śniadanie i powrót. Kilka dni temu HR wysłał maila organizacyjnego. Czytam. Godzina zbiórki. Adres. Co zabrać. I nagle: „Prosimy zabrać drugą parę butów, najlepiej taką, którą można ubrudzić.” Przeczytałem jeszcze raz. Drugą parę butów. Nie zrozumiałem. Przez chwilę myślałem, że to literówka. Może mieli na myśli: „drugą skarpetę”. To by miało sens. Człowiek ma dwie nogi. Potrzebuje dwóch skarpet. Ale dwie pary butów? Po co? Przecież nie da się nosić dwóch par jednocześnie. Zapytałem kolegę obok: - Ty rozumiesz, o co im chodzi z tymi butami? - No żeby mieć jedne na tor, a drugie później do hotelu. Spojrzałem na niego. - Jakie „drugie”? - No drugą parę. - Masz dwie pary butów? Zaśmiał się. Myślał, że żartuję. Nie żartowałem. - No pewnie. Mam więcej. Zrobiło mi się dziwnie. - Ile? - Nie wiem. Z osiem, może dziesięć. Dziesięć. Par. Czyli dwadzieścia butów. Dla jednego człowieka. Przy dwóch stopach. To jest pięciokrotne przewymiarowanie infrastruktury. Zacząłem pytać innych. Okazało się, że sytuacja jest dużo poważniejsza. Jeden miał buty do biegania. Buty na siłownię. Buty zimowe. Buty „na wyjście”. Jakieś sneakersy. Jakieś mokasyny. I osobne buty do garnituru. Siedem różnych klas aktywów opartych o jedną parę stóp. - A po co ci buty do biegania? – zapytałem. - Do biegania. - A w tych zwykłych się nie da? Popatrzył na mnie jak na wariata. Przez ostatnie sześć lat biegałem na autobus w tych samych butach, w których później siedziałem osiem godzin w biurze. Nigdy nie zgłaszały problemu. Wróciłem do maila. „Druga para do ubrudzenia.” Najbardziej zastanawiało mnie słowo „do ubrudzenia”. Przecież buty właśnie do tego są. Są między człowiekiem a ziemią. Ich podstawową funkcją jest przyjmowanie na siebie konsekwencji kontaktu z chodnikiem. Jeżeli boisz się ubrudzić buty, to znaczy, że kupiłeś złe buty. Albo za drogie. W domu spojrzałem na swoją parę. Czarne. Uniwersalne. Trochę starte z boku. Podeszwa już nie była może geometrycznie idealna, ale nadal oddzielała stopę od asfaltu. Czyli spełniała KPI. Miałem je od kilku lat. Były ze mną w pracy. Na weselach. Na pogrzebie. W górach raz też były, chociaż tego dnia faktycznie miały trochę gorsze wyniki. Ale przetrwały. Nie widziałem powodu, żeby teraz nagle tworzyć dodatkowy magazyn obuwia tylko dlatego, że firma wynajęła nam tor z samochodami. I pomyślałem sobie, jak bardzo konsumpcja weszła ludziom do głowy. Najpierw wmówili im, że potrzebują butów. Potem, że potrzebują różnych butów do różnych czynności. A na końcu stworzyli społeczeństwo, w którym dorosły mężczyzna jedzie na jedną noc do hotelu i zabiera ze sobą zapasowe obuwie. #FIRE #konsumpcja #buty #życie

Wczoraj zapytałem co się dzieje z programem Safe 0%. Na razie cisza. Wygląda na to, że ten program nie był potrzebny do zrealizowania, tylko do skłócania ludzi. #Safe0 #program #społeczność

Onet.pl 2w

During a conference in the Oval Office, Donald Trump responded to a CNN journalist, accusing her of false information after she asked about criticism of his actions, which sparked outrage from the network that defended her, emphasizing that personal attacks on journalists are inconsistent with the principles of press freedom. (translated)

"Cicho bądź, jesteś fałszywa". Donald Trump uciszał dziennikarkę CNN
Piegziu 3w

Mam nadzieję, że Antoni się nie obrazi, ale przypomniała mi się właśnie językowa historia. Miałem kiedyś w Edynburgu studenta z Ukrainy, dziecko oligarchy (Skąd wiem? Bo miał własnego szofera w dużym Mercedesie za pół bańki funtów), który lubił bardzo czarować dziewczyny. Głównie gdzie to nie mieszkał, czego nie próbował, no i jak bardzo nie jest światowy. Chłopak był zdecydowanie ponad przeciętną jak chodzi o intelekt, nie mogę mu tego odebrać. Ale też miał jedną słabość. Elementem jego popisywania się była rzekoma “biegła znajomość ośmiu języków obcych” w wieku 21 lat. Mówił super po angielsku. Czasami nawet ciężko było wychwycić akcent. Rosyjski i ukraiński jako języki ojczyste też odhaczone. Po tym jednak pojawiało się pytanie - co z pięcioma pozostałymi? Według jego autodeklaracji były to: polski, niemiecki, francuski, hiszpański i włoski. Chłopak błyszczał wśród szkockich studentów mówiących tylko po angielsku. Nie wiedział tylko, że jego sława dojdzie aż do kadry akademickiej. Mocno międzynarodowej, jak to bywa w UK na uczelniach. Pewnego dnia mój kolega Włoch, bardzo bezpośredni i wręcz onieśmielający (gadał nawet do mnie po włosku po tym jak powiedziałem, że chciałbym się nauczyć kiedyś), zagaił do niego w italiano. No i skucha. Bo on ledwo proste zdania był w stanie z siebie wykrzesać. To samo wkrótce okazało się z niemieckim, a moja koleżanka Niemka odpuściła sobie po dwóch pytaniach. Była też moja kolej. Dowiedziałem się, że mieszkał jakiś czas we Wrocławiu. No ale po polsku wyszło to bardzo nieskładnie. Potem jeszcze zapytałem go o ulubioną knajpę, ale nie wiedział zupełnie o czym mówię, więc odpuściłem, bo zaczynało się robić dziwnie. Jaki z tego morał? Nie nauczycie się języka obcego szybko i bezboleśnie, zaś wasze eksperckie samopoczucie po kilku lekcjach lub dwóch tygodniach wakacji to typowy efekt Dunninga-Krugera. #języki #DunningKruger #edukacja

Dzisiaj rano zostałem zdradzony finansowo. Od kilku miesięcy miałem w biurze jednego człowieka, którego naprawdę szanowałem. Głównie przez jego telefon. Stary Samsung. Pęknięty ekran. Wyszczerbiony róg. Etui pożółkłe tak mocno, że wyglądało jak dowód rzeczowy. Za każdym razem, kiedy wyciągał go przy lunchu, robiło mi się jakoś spokojniej. W biurze pełnym ludzi wymieniających telefony, bo nowy model robi trochę lepsze zdjęcia Księżyca, trafił się ktoś odporny. Raz kolega zapytał go: - Czemu sobie nie kupisz nowego? Młody wzruszył ramionami. - Ten jeszcze działa. Musiałem odwrócić wzrok. Nie chciałem, żeby zobaczył, że jestem wzruszony. „Ten jeszcze działa”. Cała filozofia racjonalnej konsumpcji zamknięta w trzech słowach. Od tamtej pory traktowałem go trochę inaczej. Jak swojego. Kiedy w kuchni zostawał ostatni banan z firmowych owoców, czasem go nie brałem. Zostawiałem młodemu. Niech rośnie. Dzisiaj rano wszedł do biura jak gdyby nigdy nic. - Cześć. Podał mi rękę. Uścisnąłem. Potem usiadł obok mnie, sięgnął do kieszeni i wyjął telefon. Inny. Najnowszy iPhone. Przez chwilę patrzyłem i próbowałem znaleźć racjonalne wyjaśnienie. Może służbowy. - Dali ci nowy? - Nie. Może prezent. - Urodziny miałeś? - Nie. Może wygrał. Może dostał od operatora. Może znalazł. Byłem gotowy uwierzyć we wszystko. - To skąd? - Kupiłem sobie. Odkładałem prawie rok. Zakłuło mnie w mostku, ale jeszcze się broniłem. - Ale za część oszczędności? - Nie, praktycznie wszystko. Chciałem od razu najlepszy. Nie pamiętam kolejnych kilkunastu sekund. Patrzyłem tępym wzrokiem na człowieka, którego przez pół roku uważałem za przybranego syna. Poczułem się zdradzony. Jakbym przez lata wychowywał dziecko zgodnie z zasadami odpowiedzialności finansowej, a on w osiemnaste urodziny sprzedał ETFy i kupił używane BMW z rozwalonym wydechem. Młody chciał mi jeszcze pokazać aparat. Nie słuchałem. Wstałem i poszedłem do łazienki. Odkręciłem wodę. Zacząłem szorować rękę, którą pięć minut wcześniej mu podałem. Wiedziałem, że to irracjonalne. Ale w takich chwilach człowiek nie kieruje się matematyką. Tylko emocjami. Wróciłem do biurka po kilku minutach. iPhone dalej tam leżał. Błyszczał. Młody coś do mnie mówił, ale nasza relacja nie była już taka sama. Otworzyłem komputer i usunąłem go z arkusza „Ludzie, którzy rokują”. Zostawiłem historię zmian. Niech przypomina mi, żeby nie wierzyć w ludzi tylko dlatego, że przez pół roku wyglądają na rozsądnych. #FIRE #finanse #zaufanie #emocje

Dzisiaj Kasia ogłosiła, że odchodzi z firmy. Podobno jest przemęczona, nie czuła satysfakcji i chciała zrobić sobie trzy miesiące przerwy. Spytałem, czy ma zabezpieczenie finansowe. - Mam oszczędności na dwa miesiące. - odpowiedziała. Pokręciłem głową. Dwa miesiące? To nie poduszka finansowa. To cienki kocyk finansowy. Zapytałem, co będzie robić podczas przerwy. - Chcę odpocząć. Może pojadę w góry, poczytam książki i zastanowię się, co dalej. Czyli żadnych przychodów, same koszty operacyjne. Próbowałem ją przekonać, żeby została przynajmniej do wypłaty premii. Powiedziała, że zdrowie psychiczne jest ważniejsze. Oczywiście, że zdrowie jest ważne. Ale procent składany sam nie zadziała. Dzisiaj był jej ostatni dzień. Zespół kupił jej pożegnalny prezent za 400 złotych. Ja nie dorzuciłem się ani złotówki. Zamiast tego wysłałem jej arkusz kalkulacyjny z symulacją, jak szybko stopnieją jej oszczędności. Nie podziękowała. Pewnie jeszcze jest na etapie zaprzeczenia. #FIRE #zdrowie #finanse #wypoczynek