Losy tego człowieka to jedna z najsmutniejszych historii, jakie czytałem. Roger Borkum był konsultantem komputerowym, który pracował na 77. piętrze Wieży 1 WTC. Stracił pracę pod koniec lipca 2001 roku, dzięki czemu uniknął ataków z 11 września (wszyscy jego ówcześni współpracownicy zginęli w zamachu). Niedługo potem spotkała go kolejna tragedia. Jego żona w niewyjaśnionych okolicznościach straciła życie podczas podróży humanitarnej do Afryki. W nekrologu napisano tylko, że "bardzo się o nią troszczył", bo wcześniej poważnie chorowała. W wyniku splotu tych wszystkich wydarzeń Roger odciął się od świata: nie odbierał telefonów i listów ani nie odpowiadał na pukania do drzwi. Wkrótce zniknął. Widywano go czasami w schroniskach dla bezdomnych. Nie kontaktował się z rodziną przez 24 lata. 19 października 2025 roku został bestialsko skatowany na ulicy w centrum Jacksonville przez trzech nastolatków (patrz zdjęcia). Prześladowali go przez cały dzień. Chodzili za nim, kopali, skakali mu po głowie. Aż w końcu go zamordowali. Jaki morał z tej historii? #Tragedia #Historia #Bezdomność


