Mój najlepszy przyjaciel poznał dziewczynę. Ucieszyłem się. Jurek to nie był zwykły kolega, z którym można porozmawiać o meczu. To był człowiek, któremu mogłem o dwudziestej drugiej wysłać zdjęcie paragonu, a on bez żadnego wprowadzenia odpisywał: „Przepłaciłeś za pomidory. W Kauflandzie były tańsze”. Dobrze zarabiał. Nawet bardzo dobrze. Ale kiedy dostawał podwyżkę, nie zmieniał samochodu ani telefonu. Zmieniał wysokość stałego przelewu na rachunek maklerski. Kiedy wysyłał mi wiadomość „grubo dzisiaj poszedłem”, wiedziałem, że dokupił akcje jakiejś spółki, a nie zamówił dziesięć kieliszków alkoholu w klubie. Rozumieliśmy się bez słów. Dlatego kiedy zadzwonił, że poznał dziewczynę i chciałby przedstawić ją mnie i żonie, szczerze się ucieszyłem. Zasługiwał na szczęście. Na kogoś, z kim będzie mógł dzielić życie. Czynsz. Koszty dostawy. Zaprosiłem ich na sobotę. Chciałem, żeby było miło, więc już w piątek umówiłem prezentację Thermomixa i wymusiłem pokaz pizzy. Na sobotę wystarczyło ją podgrzać. Kupiłem też wino. Spędziłem 15 minut na profilu jakiegoś znawcy win, tylko po to, żeby wybrać takie z najlepszą relacją ceny do jakości. Wydałem 18,99 zł. Z własnych pieniędzy. Przyszli o osiemnastej. Jurek od progu się uśmiechał. Uścisk. Klepnięcie po plecach. - Stary, w końcu. - No, trochę się nie widzieliśmy. Potem przywitałem Mariolkę. Podała mi rękę. Paznokcie. Długie. Zrobione. Z jakimś połyskującym wykończeniem. Pierwsza lampka ostrzegawcza. Jurek od lat podzielał moje zdanie, że tego rodzaju zabieg nie dodaje dłoni żadnej użytecznej funkcji. Kiedyś sam powiedział: „Płacisz, żeby trudniej było podnieść monetę z podłogi”. Śmialiśmy się z tego przez cały wieczór. Teraz trzymał taką dłoń i wyglądał na zadowolonego. Ale nie zamierzałem nikogo oceniać na wejściu. - Rozbierajcie się, zapraszam. Jurek zdjął kurtkę. Na jego klatce piersiowej pojawiło się wielkie: HUGO. Na całą szerokość. Napis było widać z kuchni. Przez chwilę patrzyłem. Potem uśmiechnąłem się do niego. - A co ty, jakieś żarty? - Co? Wskazałem na napis. - No to. Spojrzał w dół. Uśmiechnął się niepewnie. - Nie no, wiesz... Czekałem. Przez osiem lat miał gotową odpowiedź na każde pytanie o zasadność wydatku. - Bo on ciągle chodził w tym samym - wtrąciła się Mariolka. - Mówię mu: przecież źle nie zarabiasz, kup sobie wreszcie jakieś porządne rzeczy. No i trochę go wyciągnęłam na zakupy. - A poprzednie były zniszczone? - zapytałem. - Nie, ale ile można chodzić w tych samych ubraniach? Znałem odpowiedź. Jurek też ją znał. Jeszcze rok temu wymienialiśmy zdjęcia metek, żeby ustalić, które rzeczy najlepiej znoszą wieloletnie użytkowanie. Usiedliśmy. Uznałem, że nie będę psuł wieczoru przez cztery litery. Wstawiłem pizzę do piekarnika i wróciłem do salonu. Chciałem porozmawiać o czymś przyjemnym. - Widać, że zakochany. Nawet ostatnio zapomniałeś podesłać mi struktury portfela. Uśmiechnąłem się. To była nasza tradycja od ośmiu lat. Ostatni dzień miesiąca. On wysyłał swoje zestawienie. Ja swoje. Potem omawialiśmy zmiany. - A, nie, nie zapomniałem - powiedział. - Po prostu już tak nad tym nie siedzę. Zresztą niewiele się zmieniło, bo ostatnio nie dokupowałem. Poprawiłem się na krześle. - Jak to nie dokupowałeś? Problemy w pracy? - Nie, teraz mam trochę inne wydatki. Za tydzień lecimy do Japonii. Przez chwilę patrzyłem na niego bez słowa. Potrzebowałem chwili, żeby poukładać dane. Brak zakupów do portfela. HUGO. Japonia. To przestawały być niezależne zdarzenia. Mariolka opowiadała o planie wyjazdu. Miastach, hotelach, pociągach. O restauracji, do której rezerwację trzeba było zrobić dużo wcześniej. Jurek słuchał z uśmiechem. Znałem ten uśmiech. Tak wyglądał, kiedy rynek spadał dzień przed jego miesięczną wpłatą. Teraz uśmiechał się do rezerwacji stolika. - No właśnie. Trzeba też trochę pożyć. Powiedział to Jurek. Człowiek, który na weselu odsunął ode mnie koszyk z pieczywem i powiedział: „Nie zapychaj się chlebem. Poczekaj na coś lepszego. Dałeś pięćdziesiąt do koperty”. Spojrzałem na żonę. Potem na wino. Wczoraj przez dwadzieścia minut negocjowałem z obcą kobietą drugą blachę pizzy, żeby godnie przyjąć człowieka, który właśnie powiedział, że przez ostatnie osiem lat nie żył. Złapałem się za brzuch. Żona przestała się uśmiechać. - Co ci jest? - Nie wiem. Jakoś mnie ścisnęło. Jurek pochylił się w moją stronę. - Może się położysz? Skinąłem głową. - Chyba będę musiał. Przepraszam was. Mariolka od razu zaczęła zbierać swoje rzeczy. - To my chyba w takim razie sobie pójdziemy. Nie zaprotestowałem. Jurek wstał. - Stary, odpocznij. Nadrobimy po powrocie. Przy drzwiach Mariolka powiedziała, żebym się nie przejmował. Że jeszcze będzie okazja. Że następnym razem możemy się spotkać gdzieś na mieście. Przycisnąłem dłoń do brzucha trochę mocniej. Drzwi się zamknęły. Żona przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu. Potem zapytała: - Już ci przeszło? Wyprostowałem się. - Brzuch tak. Z kuchni dobiegł sygnał piekarnika. Pizza była gotowa. Poszedłem wyłączyć grzanie. Wino nadal stało zamknięte na blacie. Przynajmniej tego nie zdążyłem otworzyć. - On jest szczęśliwy - powiedziała żona. - Widziałem. - To dlaczego zachowujesz się, jakby wydarzyło się coś strasznego? Nie odpowiedziałem. Wziąłem telefon. Przez osiem lat, kiedy ktoś w moim otoczeniu podejmował niezrozumiałą decyzję finansową, odruchowo pisałem do Jurka. Otworzyłem naszą rozmowę. Zacząłem wpisywać: „Stary, nie uwierzysz, co się właśnie odwaliło”. Popatrzyłem na ekran. Potem skasowałem. Nie miałem już komu tego wysłać. #przyjaźń #miłość #życie
